wtorek, 22 sierpnia 2017

Rozdział 5

– Nie – stanowcza odpowiedź Aśki nie dawała żadnych szans na podjęcie dyskusji.
Michał zamarł z szeroko otwartymi ustami. Zamrugał szybko, próbują przetworzyć otrzymaną odpowiedź, ale jego mózg nie bardzo chciał współpracować. Usłyszane słowo echem odbijało się w jego czaszce.
– Jak to nie? – wydukał powoli.
– Po prostu nie – wzruszyła ramionami Aśka, nie podnosząc wzroku znad czytanych papierów. – Nie dostaniecie żadnego zadania. Macie siedzieć na tyłkach, trenować i nie pałętać mi się pod nogami – warknęła, a potem znów ruszyła szybkim krokiem korytarzem.
– Ej, ale zaczekaj – Kubiak pobiegł za nią. – Przecież na pewno jest coś, co możemy zrobić! Nie jesteśmy przecież totalnymi ciamajdami, wszystkiego nie zniszczymy! Proszę, przecież nie możemy siedzieć bezczynnie! – mówił, idąc tyłem i nieudolnie próbując nadążyć za kobietą.
– Posłuchaj, Michał – Asia zatrzymała się w końcu. – Jesteś już drugą osobą, która mnie o to pyta i drugą, której udzielam takiej, a nie innej odpowiedzi. Wiem doskonale, że bardzo chcielibyście się do czegoś przydać, ale ja nie mam ani czasu, ani ludzi, by pilnowali, czy wszystko wykonujecie zgodnie z planem. Sytuacja jest bardzo trudna, a jeszcze muszę się zając typowo bieżącymi sprawami – westchnęła głęboko, przeczesując zmęczonym ruchem ręki włosy. – Jeśli nie chcesz mnie jeszcze bardziej zirytować, to łaskawie po prostu nie pokazuj mi się na oczy. I to samo powiedz swoim kolegom – dodała, a potem po prostu odeszła, nie oglądając się za siebie.
– Ale… – Przyjmujący próbował coś jeszcze zdziałać, ale kobieta już po prostu go nie słyszała. Stanął więc na środku głównego holu i rozglądnął się bezradnie wokół, nie mając pojęcia co zrobić.
Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się na pięcie i zobaczył pozostałych chłopaków, którzy byli równie zdekoncentrowani co on.
– Coś poszło nie tak? – zapytał zaniepokojony Oskar.
– Nie ma dla nas żadnego zadania – odpowiedział Michał głosem zupełnie wypranym z emocji. – Jesteśmy tu zupełnie bezużyteczni.
– Niekoniecznie.
Tuż przed nimi, zupełnie niespodziewanie, jak gdyby nigdy nic z podłogi wyłonił się nie kto inny tylko trener Wagner we własnej osobie. To nagłe spotkanie wywołało u nich taki sam wstrząs, jak pierwsze.
– Niekoniecznie, co? – wydukał w końcu Leman, jako pierwszy otrząsając się z szoku.
– Niekoniecznie jesteście całkowicie bezużyteczni – powtórzył trener. – Choć prawdę mówiąc zupełnie nie rozumiem osoby, która powierzyła wam to zadanie – dodał pod nosem, przewracając oczami. – W każdym razie, ktoś z kim zdecydowanie nie chcecie dyskutować. Macie się stawić dzisiaj o dziewiętnastej w bibliotece – nakazał tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Ale tak po prostu? – zapytał zaskoczony Bieniu.
– Tak, tak po prostu – warknął Wagner. – To było jedno przydziałowe pytanie. Żegnam panów. Mam jeszcze ważniejsze zadanie do wykonania. – Uchylił kapelusz, a potem po prostu odleciał w sobie tylko znanym kierunku, zostawiając siatkarzy jeszcze bardziej zdziwionych niż wcześniej.

***

International Organization for Sportsman od zawsze była organizacją przygotowaną na wszystko. Przetrwała upadek Związku Radzieckiego, wojnę w Jugosławii i wiele innych zdarzeń, które zmieniały oblicze świata. Obserwowała powstawanie nowych państw, a w ataku na WTC straciła dwunastu swoich ludzi. Nigdy nie było wiadomo, co się za chwilę wydarzy i każdy pracownik doskonale wiedział, że może dojść do sytuacji, w której trzeba będzie ewakuować sportowców z kraju, w którym wybuchła rewolucja albo wyrwać ich z łap terrorystów. Tego typu zdarzenia miały miejsce nie całkiem od święta, bo IOS miało pod opieką wszystkich – także w krajach, w których wybuch na targu nie był czymś nadzwyczajnym.
Organizacja oczywiście współpracowała z różnymi służbami specjalnymi, ale od najtrudniejszych zadań miała tak zwaną „Grupę specjalną”.
               
Stukot obcasów Aśki niósł się echem po całym hangarze. Nie był on może zbyt duży, ale doskonale wyposażone. Miał zresztą pomieścić tylko jeden samolot – słynnego „Motylka”
– Gotowy? – zapytała, siedzącego na schodkach lśniącego odrzutowca, skośnookiego mężczyznę. Miał na oko czterdzieści kilka lat, był dość krępy i zapewne zupełnie niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie wojskowy kombinezon i leżący obok kask pilota.
– Gotowy – przytaknął, odgryzając kawałek kanapki.
– Doleci?
– Zawsze dolatuje.
– W jednym kawałku?
– To zależy od nich – machnął głową na idących w ich stronę ludzi – Ivana, a także dwóch mężczyzn i kobietę.
– Widzę, że wybrałeś pakiet podstawowy? – Asia uniosła pytająco brew, kiedy cała grupa podeszła bliżej.
– Wystarczą – stwierdził beznamiętnie Rosjanin. – Będą jeszcze dwa zespoły w helikopterach. Ubezpieczają tyły. Poza tym Daniel, Cecil i Jack – wskazał ruchem podbródka po kolei na niskiego mulata, bladą kobietę o krótko ściętych, rudych włosach i wysokiego mężczyznę o typowo skandynawskiej urodzie, który miał oczy tak zimne, że wydawały się po prostu szklanymi kulkami. Cała trójka stała na baczność, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. – Cecil jest nowa, ale poradzi sobie, sprawdziłem. Do tego Kim na pilota, Arsene w centrali, ja na dowództwie i ty do pomocy.
– Skąd wiedziałeś, że chcę z wami lecieć? – Aśka spojrzała na niego podejrzliwie.
– Po prostu wiedziałem – wzruszył ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.
Kiwnęła głową. Nie zamierzała wdawać się w zbędne dyskusje.
– Czy Blain już namierzył skąd wysłano film?
– Wstępnie. Gdzieś w środkowej części USA. Twierdzi, że ludzie, którzy wysłali wiadomość są sprytni, ale on jest sprytniejszy. Nazwał to łamigłówką. Niedługo będzie miał lokalizacje. Mówi, że z dokładnością do dziesięciu kilometrów.
– Jest bardzo pewny siebie – mruknęła pod nosem kobieta.
– Jak zawsze. Ma do tego powody. Powiedział, że wiadomość wysłano dobrze zakodowanymi kanałami, ale on ma i zdolności i komputer, by je rozkodować. Mamy mu tylko dać jeszcze kilka godzin.
– Niech będzie – niechętnie zgodziła się Aśka. – Wiecie, jakie jest wasze zadanie? – zawróciła się do agentów, którzy nadal niewzruszeni stali na baczność, jakby byli marmurowymi posągami.
– Zapoznaliśmy się z dokumentami – odpowiedział Jack, a pozostali nieznacznie kiwnęli głowami.
– Priorytetem jest w tym momencie uwolnienie Władimira Alekny i Stephana Antigi – kontynuowała Polka. – Tylko i wyłącznie. Żadnych niepotrzebnych bójek i odstępstw od wyznaczonych zadań. Musimy to załatwić szybko, cicho i bez ofiar po naszej stronie. Potem zajmiemy się likwidacją wroga.
– Kiedy wyruszamy? – zapytała Cecil, nieznacznie przestępując z nogi na nogę.
– Jak najszybciej.
– Nie ma mowy – do rozmowy znów wtrącił się Ivan. – Dali nam siedemdziesiąt dwie godziny. To dużo. Wylecimy z samego rana.
– Zwariowałeś?! Nie mamy czasu – wysyczała przez zaciśnięte zęby Aśka. – Musimy się spieszyć, tu chodzi o ich życie!
– Siedemdziesiąt dwie godziny – Rosjanin był nieustępliwy. – Przez ten czas nic im nie grozi. Za dużo wydarzeń na raz prowadzi do osłabienia koncentracji. Trzeba odpocząć.
– Ci ludzie są na to przygotowani – warknęła, wskazując spojrzeniem na agentów. – Sam ich przecież szkoliłeś.
– Ty musisz odpocząć.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale.
Asia westchnęła z zrezygnowaniem. Doskonale wiedziała, że wdawanie się w dyskusje z Ivanem nie ma żadnego celu, a dodatkowo prawda była taka, że naprawdę zaczęła odczuwać zmęczenie. Od samego rana była na nogach, zajmowała się wszystkim, cały czas na pełnych obrotach, nie zdarzyła nawet usiąść na chwilę, by coś zjeść.
– Niech ci będzie – mruknęła. – W takim razie jutro o siódmej chcę wszystkich widzieć tutaj – zarządziła. – Wszystko ma być dopięte na ostatni guzik. Spóźnień nie toleruję! Jutro zacznie się najtrudniejsza misja w historii IOS.
– Jest jeszcze jedna sprawa – wtrącił się Ivan.
– Jaka?
– De Georgi właśnie do nas dotarł. Można z nim porozmawiać.

***
Tykanie zegara wręcz wrzynało się w zwoje mózgowe. Jenny Lang Ping uniosła spokojnie filiżankę i wypiła łyk gorącej herbaty. Siedzący obok niej Julio Velasco zerknął na nią nerwowo i wrócił do tępego wpatrywania się w blat stołu. Naprzeciwko niego znudzony do granic możliwości Bernardo Rezende rysował szlaczki w zeszycie, który pierwotnie miał służyć do notatek. Przy kwadratowym stole tylko jedno miejsce było wolne.
– Rozmawiałaś o tym z innymi trenerami? – odezwał się w końcu Velasco.
– Wstępny mail poszedł do wszystkich – przytaknęła Jenny. – Niezależnie od kraju i dyscypliny. Lepiej żeby czymś zajęło się trzysta osób niż trzy.
– Myślisz, że to coś da? – z powątpieniem zapytał Rezende.
– Lepiej sprawdzić – wzruszyła ramionami Chinka. – Mogą coś wiedzieć. Niektórzy pamiętają czasy zakładania IOS. Mogli obserwować założycieli.
– Jeszcze raz – Bernardo uniósł dłoń niczym Juliusz Cezar. – Kiedy Aśka wychodzi z siebie, by ocalić naszych dwóch kolegów, ty chcesz za jej plecami znaleźć źródło naszej magii, czyli zrobić dokładnie to, co jest celem tych psychopatów, z którymi walczymy. Oszalałaś, czy cię przegrzało w tych Chinach?
– Przecież nie robię jej tego na złość – westchnęła trenerka, przewracając oczami. – Chcę po prostu, by działania szły dwutorowa. Kiedy nasza zaginiona dwójka wróci do nas, będziemy musieli podjąć kolejne działania. Najlepiej znaleźć cel naszych wrogów i go zabezpieczyć. Być dwa kroki przed nimi.
– Zgodzi się na to?
– Zgodzi się, znam ją. Tylko najpierw musimy wykonać większość roboty. Przetrząsnąć całą bibliotekę. Wszystkie akta i gabinety. Znaleźć jakąś wskazówkę, co do położenia źródła.
– Mamy to zrobić sami?
– Oczywiście, że nie – Jenny uśmiechnęła się chytrze. – Pomogą nam siatkarze.

***
Aśka szła szybko sterylnie czystymi korytarzami, z Ivanem po jednej stronie, i lekko wystraszonym Oskarem po prawej. Ze względu na okoliczności, trener de Georgi został zaraz po odnalezieniu przetransportowany do najlepszego szpitala w Rzymie. Owszem, w głównej siedzibie IOS zawsze stacjonował lekarz, było też odpowiednie piętro, ale nikt do końca nie był pewny w jakim stanie jest trener, więc wolano dmuchać na zimne.
– Jest przytomny? – zapytała kobieta, wychodzącego z jednego z pokoi, doktora.
– Obudził się prawie dwie godziny temu – potwierdził mężczyzna. – Nie ma specjalnych obrażeń, trochę siniaków, złamany mały palec u lewej ręki, guz po uderzeniu na głowie i rozciętą skórę na skroni. Podejrzewaliśmy wstrząs mózgu, ale na razie nic na to nie wskazuje.
– Jest u niego rodzina?
– Była. Wyszli przed chwilą. Delikatnie zasugerowałem, że powinni sobie zrobić przerwę. Wiedziałem, że przyjdziecie. Macie jakieś pół godziny.
Asia kiwnęła głową, jednocześnie posyłając Oskarowi wymowne spojrzenie. Ten od razu załapał o co chodzi i wymawiając się chęcią przyniesienia dla wszystkich kawy, usunął się z zasięgu wzroku. Dopiero wtedy Polka pchnęła przeszklone drzwi i pozostała dwójka weszła do środka.
Fefe leżał na pojedynczym łóżku, trochę blady, ale jak zwykle z stoickim spokojem wymalowanym na twarzy.
– Będę przesłuchiwany? – zapytał słabym głosem, uśmiechając się nieznacznie. – Czyżbym został oskarżony o morderstwo?
– Nie do końca. – Aśka usiadła na metalowym krześle, a Ivan stanął po drugiej stronie. – Nie zajmę wiele czasu, chcę tylko zadać ci kilka pytań.
– Tak naprawdę, to nawet nie bardzo wiem, co się stało – wzruszył ramionami Włoch. – Spałem w swoim łóżku w Spale, potem jak się na sekundę się obudziłem to leżałem na czymś twardym i mokrym, potem mnie gdzieś ktoś zawlókł, a na końcu obudziłem się tutaj. Tyle wiem.
– I nic po za tym? – Kobieta zmarszczyła ze zdziwieniem brwi.
– Nie bardzo. – Trener rozłożył bezradnie ręce. – Ale może wy mi powiecie, o co w tym wszystkim chodzi.
Asia i Ivan wymienili znaczące spojrzenia. W końcu Rosjanin wziął głęboki oddech i w bardzo dużym skrócie przedstawił, to co się stało. Z każdym kolejnym zdaniem oczy Ferdinanda robiły się coraz większe, by w końcu osiągnąć średnice typowego niezidentyfikowanego obiektu latającego.
A trzeba dodać, że zdań było tylko kilka.
Dokładnie pięć.
– Stephane… i Alekno, to… straszne – De Georgi pokręcił z niedowierzaniem głową. – Okropne, nie wyobrażam sobie… – Nagle zamarł, jakby przypomniał sobie o czymć ważnym. – Ja ich słyszałem. Chyba. Tak mi się wydaję. – wychrypiał w końcu.
– Co proszę?  
– Słyszałem ich – powtórzył trener, pustym wzrokiem wpatrując się w swoje dłonie. – Wtedy, gdy się obudziłem.
– Co dokładnie słyszałeś? – dopytywała niecierpliwie Aśka.
– Najpierw rosyjskie przekleństwa. To musiał być Władimir. Potem był drugi głos. A dokładnie krzyk. Przeszywający do kości wrzask.
– Stephane…

***

Kubiak spojrzał pytająco na Bienia. Bieniu odwrócił wzroki spojrzał na Zatiego. Zati zaczerwienił się i zerknął z powrotem na Kubiaka. Michał westchnął więc głęboko i w końcu uniósł głowę, patrząc prosto w oczy równie zdezorientowanego Sharona Venron-Evansa.
Było ich sześciu – trzech Polaków, trzech Kanadyjczyków. Siedzieli przy długim dębowym stole, w ogromnej bibliotece IOS. Po jednej stronie Kubiak, Zatorki i Bieniek, po drugiej Sanders, Evans i Hoag.  Żaden z nich nie wiedział po co się tu znalazł, wszyscy chcieli pomóc. Polaków było trzech, bo pozostali siedzieli u fizjoterapeutów lub statystyków, Kanadyjczyków było trzech dokładnie z tego samego powodu.
Różnica była taka, że Polacy już się o swojego trenera nie musieli martwić, za to Kanadyjczycy nie mieli pewności, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczą.
– Będziecie tak siedzieć i gapić się na siebie w nieskończoność – ciszę w końcu przerwało kpiące prychnięcie Jenny, która siedziała u samego szczytu stołu.
– Nie bardzo wiemy, co mamy robić – powiedział niepewnie Michał, starając się uniknąć chłodnego spojrzenia trenerki.
– Nie powiedziałam wam? – Kobieta uniosła ze zdziwieniem brew. – W takim razie teraz powiem. Ale tylko raz więc uważajcie. Wiecie już o kluczach i magii. Waszym zadaniem będzie przeglądnięcie tych zbiorów – wskazała ręką na stojące wokół wysokie półki pełne książek. – I znalezienie czegoś, co może wskazać nam położenie źródła naszej mocy.
– Ale przecież tych książek jest tysiące! – krzyknął zszokowany Nicolas.
Jenny uśmiechnęła się szeroko, słysząc przerażenie w jego głosie.
– W takim razie czas brać się do pracy, chłopcy.


Przedstawiam wam rozdział piąty. Mam do niego neutralne podejście, bo do samego końca nie byłam pewna, co ma się w nim znaleźć. Mam nadzieję, że w miarę przypadł wam do gustu. 
Trochę smuci mnie mała ilość komentarzy pod ostatnim postem. Naprawdę dają mi one mega motywacje, szczególnie przy opowiadaniu jak to. 
Ode mnie na dzisiaj to tyle. 
Do następnego rozdziału! 
Pozdrawiam
Violin

5 komentarzy:

  1. Ja nie wiem! Wymazali Fefe pamięć czy jak... Przecież powinien pamiętać chociaż urywki. No ale nic, może sobie przypomni. Śmiać mi się chciało jak wyobraziłam sobie te przerażone miny chłopaków xD Rozdział fajnie-fajny jak zawsze :))) Buziole rebelliious :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :) To zawsze miło, gdy czytelnicy pozostawiają po sobie jakiś ślad.
      Całuję <3
      Violin

      Usuń
    2. Przepraszam, że komentuję dopiero teraz, ale nie było mnie weekend w domu i dopiero tersz zauważyłam, że dodałaś nowy rozdział.
      Bardzo mi się podobało. Czytało się naprawdę przyjemnie.
      Boję się trochę akcji lotniczej. Mam nadzieję, że uda się uwolnić trenerów i nikomu nic złego się nie stanie.
      Przeszedł mnie dreszcz, gdy Fefe powiedział, że słyszał krzyk Stephana. Okropnie się o niego boję. Jestem ciekawa, co dokładnie robili porywacze zarówno Antidze, jak i Aleknie. Mam nadzieję, że nie ucierpią jakoś bardzo na zdrowiu.
      Czekam z niecierpliwością na kolejną część.
      Całuję
      Ola

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń