wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział 4

Centrum dowodzenia było czymś, czym całe IOS mogło się chwalić przed wszystkimi tajnymi służbami czy agencjami. Duże, wysokie pomieszczenie zbudowane na planie  półkola, bez okiem, za to z najnowocześniejszymi ekranami powieszonymi na ścianie i kilkunastoma poziomami komputerów, zebranych wokół ogromnego, holograficznego modelu ziemi, który powoli kręcił się wokół własnej osi, słabo pulsując złotym światłem. 
Na co dzień pracowało się tu w systemie trzech zmian, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, ale w maksymalnie czterdzieści osób. Jednak tego dnia czerwony alarm postawił wszystkich pracowników na nogi, niezależnie od tego, czy już na nich byli, czy trzeba było ich siłą zwlekać z łóżka. 
– Chcę mieć wszystko o de Georgim. Gdzie, kiedy, co i jak. Dokładny. Na wczoraj – zażądała Aśka, idąc szybki krokiem między poszczególnymi stanowiskami. Mio panującego wokół totalnego chaosu i gwaru, jej głos był na tyle stanowczy, że zapewne słychać go było na samej Antarktydzie.  
– Wszystko jest już przygotowane. – Idący obok Arsene wręczył jej cieniutką teczkę. – Znaleziono go godzinę temu, jedenaście godzin od prawdopodobnego momentu zniknięcia, w Teksasie, w Stanach, niedaleko miasteczka Miristone. Znalazła go para miejscowych gliniarzy, leżał jakieś dwa kilometry od ostatniego domu. Leżał nieprzytomny przy drodze. Jest mocno poobijany i wycieńczony, ale nic mu nie będzie. Nasi ludzie w tamtym rejonie już go przejęli. Wykorzystamy odrzutowiec i przetransportujemy go tutaj. 
– Sam to załatwiłeś? – Uniosła pytająco brew. 
– To standardowa procedura w tego typu sytuacjach – odpowiedział beznamiętnie. 
– Przecież wiem – prychnęła. – Tylko cię sprawdzałam. – Uśmiechnęła się krzywo. – Rozumiem, że w takim razie de Georgiego mamy z głowy? 
– Przynajmniej dopóki się nie obudzi. Wtedy trzeba go będzie przemaglować, by coś nam łaskawie powiedział. 
– To potem – machnęła lekceważąco ręką. – Na razie pokarzcie mi tą cholerną wiadomość. 
Blain kiwnął głową, posłał znaczące spojrzenie młodej dziewczynie, siedzącej pryz jednym na stanowisko, a ta szybko nacisnęła kilka przycisków na komputerze. Ekrany zaszumiały i jednocześnie, na wszystkich pojawiło się to samo wideo. 
Cała sala, ponad dwieście osób – wszyscy w jednej chwili zamilkli. 

***

Michał Kubiak był z definicji człowiekiem dobrym. Pomagał staruszkom przejść przez ulicę, udzielał się charytatywnie, lubił dzieci, zimą dokarmiał  biedne ptaszki, zdejmował sąsiadkom koty  z drzew, a jeśli tylko ktoś miał jakiś kłopot, on od razu leciał, by pomóc. Czuł wewnętrzną potrzebę by być dobry i gdyby ktoś miałby go porównywać do super bohatera, najprawdopodobniej zostałby Kapitanem Ameryką.  
Dlatego też nie mógł od tak po prostu zostawić sytuacji samej sobie. Gdy dotarła do nich informacja, że znaleziono Fefe, wszyscy siatkarze odetchnęli z ulgą. Niektórzy uznali., że to koniec tej afer, mogą się wyluzować i tylko czekać, aż ich trener łaskawie się obudzi, by kontynuować treningi. 
Ale dla Kubiaka to była tylko jedna trzecia sukcesu. Przecież w rękach wroga nadal było dwóch trenerów.  A jednego z nich znali przecież bardzo dobrze! Nie mógł tego tak po prostu zostawić. 
– Panowie, musimy coś zrobić. 
Siedzieli w jednym z małych pokoi w bloku mieszkalnym. On, Kurek, Bieniek, Zati, młody, pełen energii Lemański, praworządny Buszek i Oskar. Oczywiście Michał mógłby wciągnąć w tę sprawę wszystkich zawodników i cały sztab, ale na razie wolał tego nie robić. Co za dużo, to nie zdrowo, a on nie miał jeszcze dokładnie zdefiniowanego planu. 
– Ale co? – wzruszył ramionami Rafał. – Przecież to kompletne szaleństwo. Jeszcze dzisiaj rano siedzielibyśmy sobie, jak gdyby nigdy nic w hotelu i naszym jedynym zmartwieniem było, czy wyrobimy się z formą na mistrzostwa, a teraz, zaledwie siedem godzin później znajdujemy się w bazie IOS, bajeranckiej organizacji, która mówi nam, że całemu naszemu światu grozi jakieś potworne niebezpieczeństwo. W ciągu tych zaledwie siedmiu godzin nasz szkoleniowiec został porwany przez bandę demonicznych szaleńców, potem przez nich zwrócony, bo okazało się, że jest zbędny, dowiedzieliśmy się, że magia istnieje, a ci sami szaleńcy chcą ją zdobyć, by przejąć władze nad światem. I ty chcesz coś zrobić! – krzyknął żałośnie. 
Michał jedynie posłał mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń, a przyjmujący momentalnie zamilkł. 
– Panowie, to jest wojna! Musimy coś zrobić. To nasz obowiązek! – powtórzył kapitan, dla podkreślenia swoich słów wstając gwałtownie i dumnie wypinając pierś do przodu.  – Nie możemy po prostu siedzieć bezczynnie, z założonymi rękami, gdy na naszą przyszłość i przyszłość naszych dzieci czai się zło. Nie możemy!
– Wszystko fajnie, ale chyba o czymś zapomniałeś – wtrącił się Kurek. – Zło złem, ale nikt nie odwołał mistrzostw. Nie możemy tak po prostu rzucić wszystkiego i wyruszyć na poszukiwania Alekny i Antigi. Wiem doskonale, ze o chciałeś zrobić. – Pogroził przyjmującemu placem, gdy ten lekceważąco przewrócił oczami. Musimy trenować! 
Kubiak prychnął z irytacją. Ze też jego koledzy muszą zawsze wynajdywać jakieś bezsensowne przeszkody. 
– To macie jakieś inne pomysły? – Z rezygnacją znów usiadł na swoim łóżku. 
– Może po prostu pójdźmy do Asi i zapytajmy się, co możemy zrobić – zaproponował Leman. – Ona na pewno znajdzie nam jakieś odpowiednie zajęcie, które nie będzie wymagało od nas przerwania treningów. 
Michał spojrzał na niego spod przymrużonych powiek i w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 
– Nie głupie, choć nie wiele lepsze od nic nie robienia – mruknął. – Oskar, co o tym sądzisz? 
Wyrwany z otępienia Kaczmarczyk, wzdrygnął się mimowolnie, słysząc ponaglający głos kapitana. 
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Nie brzmi źle. A mamy jakieś inne opcje?
Wszyscy w szóstkę zgodnie pokręcili głowami. 
– W takim razie nie mamy innego wyjścia. 
Kubiak przez chwilę wpatrywał się w niego z niedowierzeniem, ale w końcu westchnął głęboko i machnął z zrezygnowaniem ręką. Liczył na lepszy odzew ze strony kolegów, ale przecież nikogo do niczego nie mógł zmusić. Zresztą najważniejsze było logiczne myślenie, a to rozwiązanie wydawało się całkiem niezłym kompromisem. 
– Niech wam będzie – mruknął w końcu. – W takim razie misja na dziś – znaleźć i pogadać z Aśką Mazowiecką! 

***

Powinna coś zrobić. Odwrócić się, wygłosić pokrzepiającą mowę, a potem działać. Szybko i skutecznie. Jak prawdziwy dowódca. Jednak zamiast tego tępym wzrokiem wpatrywała się w ogromny ekran, nerwowo przygryzając dolną wargę. 
– Puść to jeszcze raz – kazała, nawet nie patrząc na stojących za nią pracownik. 
Arsene Blain posłusznie nacisnął jeden z przycisków, a na monitorze pojawiła się twarz demona. 
A raczej mężczyzny, wzorowanego na demona. Szerokie bary, kanciasta szczęka, skołtunione, czarne włosy, długa broda i szaleńczy błysk w oku, nadawały mu wygląd stworzenia z piekła rodem. Mówił zachrypniętym głosem, cały czas uśmiechając się kpiąco.
– Mogę wam się przedstawić. Ale po co? Nie jest wam to potrzebne do szczęścia. Wystarczy, że będziecie wiedzieć, że mamy dwa klucze, a także wiemy, jak ich użyć. Wy macie kolejne cztery. Jednak dla mnie to żaden problem. Mam ludzi, sprzęt i kilkanaście nadprzyrodzonych istot na swoje usługi. Zniszczę was od tak. – Lekceważąco pstryknął palcami. – Ale daję wam szansę. Jedną. Oddacie nam pozostałe klucze, a ja oszczędzę wasze nędzne życia. A jeśli mi nie wierzycie… – wyszczerzył się obrzydliwie i znów pstryknął. Ekran zgasł na chwilę, a po sekundzie ukazały się na nim dwa zdjęcia. 
Aśka już po raz drugi w ciągu zaledwie dziesięciu minut ze świstem wciągnęła powietrze. Ktoś z tyłu głośno przełknął ślinę. 
Prawe zdjęcie przedstawiało Aleknę. Drugie Antigę. Obydwaj byli poturbowani. Pobicie. Władimir był przytomny. Siedział pod ścianą i pustym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Miał rozciętą wargę. Podbite oko. 
Stephane leżał skulony na kamiennej posadzce. Z jego sztabowej koszulki pozostały strzępy. Ramiona pokryte niebieskimi i żółtymi siniakami, włosy sklejone krwią. Ledwo rozwarte usta były sine, lewą rękę miał wykręconą pod nienaturalnym kątem. 
– A to dopiero mała cząstka tego, do czego jesteśmy zdolni – na ekranie znów na sekundę pojawiła się twarz złoczyńcy. – Daję wam wybór. Macie siedemdziesiąt dwie godziny. Szczegóły dostaniecie niedługo. – Zaśmiał się złowieszczo, a potem ekran ostatecznie ogarnęła ciemność. 
Cisza, która zapadła, trwała dokładnie siedem sekund. Siedem długich sekund, w czasie których słychać było szaleńcze bicie serca każdego pracownika IOS, a nawet tej cholernej muchy od kilku dni latającej pod sufitem. 
I nagle ktoś załkał i jakaś kobieta rozszlochała się przerażona. Jej roztrzęsione łkanie poniosło się po pomieszczeniu. Ktoś chwycił ją za ramię, ktoś inny szybko wyprowadził, by uspokoić.  
– Co robimy?
W końcu padło to pytanie, którego obawiała się najbardziej. Zadał je Arsene. Nie Ivan. Ivan nie zadawał głupich pytań. 
Przełknęła ślinę. Cicho odetchnęła. Tak, by nikt nie słyszał. Kamienna twarz. Proste plecy. Silne, odpowiedzialne. Koniec kropka. 
– Namierzysz skąd wysłano film? – zapytała głosem zupełnie wypranym z emocji. 
– Mniej więcej – Francuz wzruszył ramionami. 
– Zrób to – nakazała i dopiero wtedy odwróciła się do reszty pracowników. – Wracajcie do pracy. Kod czerwony nadal obowiązuję. Zwiększajcie ochronę. Chcę mieć pewność, że wszyscy sportowcy będą bezpieczni. Brać się do roboty, ale już! – starała się brzmieć stanowczo i chyba tak brzmiała, bo prace w sekundzie ruszyła i znów zapanował gwar.  Aśka przez chwilę przypatrywała się pracownikom, by po chwili przygładzić swoją marynarkę i wyjść pewnym krokiem, nie oglądając się za siebie. 
Dopiero na zewnątrz, w wąskich korytarzach bazy, złapał ją Ivan. 
– Jaki masz plan? 
– Dobry – odpowiedział, nie zatrzymując się.  – A przynajmniej dobry, jak na plan ułożony wciągu sześciu minut i trzydziestu dwóch sekund. 
– Całkiem nieźle. Jak na tak trudne warunki. 
– Nawet go nie usłyszałeś – prychnęła.
– Intuicja – wzruszył ramionami. – Bez niej bym nie przeżył.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Z jakiegoś powodu chłodne i logiczne słowa Ivana zawsze poprawiały jej humor. 
– Zaraz go poznasz – mruknęła. – Ale najpierw…  – przełknęła głośno ślinę. – Ale najpierw zbierz mi grupę specjalną. I każ przygotować Motylka.  
 
***

– Długo zamierzasz się gapić? 
– Jenny Lang Ping, jak zwykle miła i urocza. – Wagner, a raczej jego ektoplazmowa wersja, uśmiechnął się krzywo po czym przeleciał przez pół biblioteki, długiego, szerokiego pomieszczenia, wypełnionego wysokimi regałami, by w końcu zawisnąć w powietrzu tuż nad stołem Jenny. – Czy tobie zdarza się być dla kogoś… no nie wiem… miłym?
– Oczywiście, że się zdarza – prychnęła z irytacją. – Mniej więcej tak często, jak tobie. Leć sobie stąd. Próbuję pracować – machnęła dłonią i znów pochyliła się nad czytaną książką. 
– A nad czym tak pilnie siedzisz? – Pochylił się nad stołem, prawie przez niego przechodząc. – Nie widziałem wcześniej tej książki w zbiorach. Chyba nawet nie dotyczy siatkówki, nieprawdaż? 
– A nawet jeśli tak, to co? 
– Chcę wiedzieć – odpowiedział krótko. – To co…? Dowiem się, czy nie? Proszę… – Zatrzepotał przeźroczystymi rzęsami niczym nastolatka. 
Jenny przewróciła oczami. Mogła przewidzieć taki obrót spraw. 
– Wyjaśnijmy sobie coś – zaczęła, z hukiem zamykając książkę. – Nie wiem czy zauważyłeś, ale znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. Jeśli się nie pospieszymy zginie dwóch trenerów, wspaniałych ludzi z rodzinami, którzy nikomu nic nie zrobili. A jeśli nie uda nam się tego zatrzymać potem będzie tylko gorzej. Nie chcemy kolejnych ofiar. Ja chcę coś zrobić. Tak książka może mi w tym pomóc. Ale na pewno nie wtedy, kiedy ty będziesz mi przeszkadzał. Po jednym pytaniu będą następne. Więc łaskawie się odczep. 
– Ej, spokojnie! – Wagner uniósł ręce w obronnym geście. – Chciałem tylko być…  uprzejmy? 
– Ty? 
– Ja. Duchom też się zdarza. 
– Jakim duchom? – prychnęła. – Jesteś jedynym duchem w całej siedzibie. Ogólnie jedynym duchem jakiego znamy. Dlaczego? Dlaczego ze wszystkich trenerów akurat ty musisz nas nawiedzać? 
– Nie wiem – wzruszył ramionami.  – Może po prostu ktoś chciał, bym uprzykrzał ci życie. 
Jenny pokręciła głową z dezaprobatą. Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
– Jest chyba coś, co mógłbyś dla mnie zrobić – zaczęła, leniwie odchylając się na krześle. – Ale będziesz musiał opuścić bazę. I wykorzystać swoje zdolności – uśmiechnęła się chytrze. 
– A co będę miał w zamian? – Bardziej nasunął na czoło swój kapelusz niczym zawodowy gangster. 
– Moją dozgonną wdzięczność.

***
– Idzie! 
– Gdzie? 
– Tam, po prawej!
– Chowajcie się do  cholery! 
– Ale… 
Kurek był w głębokim szoku, gdy został chwycony przez Oskara za rękaw koszulki i wciągnięty za róg korytarza. Ukrywali się w szóstkę w głównym holu, niecierpliwie wypatrując Aśki. W końcu zauważyli ją, jak wychodzi z windy, jak zwykle w towarzystwie Ivana. 
– Dlaczego do niej nie podejdziemy? – zapytał szeptem Bartek, niepewnie wychylając się zza rogu. 
– Bo, jak to zrobimy wszyscy, to momentalnie ją zdenerwujemy – wyjaśnił szybko Buszek. – Lepiej jeśli pójdzie jeden z nas. 
– Tylko który? 
Zapadł cisza. Wzrok czterech siatkarzy i jednego trenera spoczął na Kubiaku. 
– O co wam chodzi? – przerażony Michał przezornie zrobił krok w tył. 
– Ty pójdziesz – odpowiedział rezolutnie Paweł. 
– Nie ma mowy! Niby dlaczego ja mam iść? 
– Jesteś siatkarzem, kapitanem drużyny, a ostatni sezon spędził w Japonii – zaczął wyliczać Zati. – Trochę więc na temat dyplomacji i robienia dobrego wrażenia wiedzieć musisz. Jeśli ktoś ma ją przekonać, to ty. 
– Ale… Oskara bardziej lubi – próbował wykręcić się przyjmujący. – Dłużej z nią pracował… 
– Michał… – znaczące spojrzenie libero mogłoby przestraszyć słonia. Kubiak przełknął głośno ślinę. W życiu nie spodziewałby się po Pawle takiej stanowczości. Bał się, co jeszcze może zaprezentować jeśli on nie zgodzi się wykonać zadania. 
Do tego był kapitanem. 
To był jego obowiązek. 
Odetchnął głęboko, wygładził i tak wymiętą za wszystkie czasy reprezentacyjną koszulkę, wyprostował ramiona, dumnie wypiął pierś do przodu i dopiero wtedy zrobił pierwszy krok. 
Prosto w paszczę lwa. 

***

Król Cieni ochlapał sobie twarz zimną wodą i swoim szaleńczym wzrokiem spojrzał w lustro. Wyprostował się dumnie. Miał pięćdziesiąt lat, nazywał się George Treen. Już dawno zapomniał kim był. Amerykaninem? Anglikiem? Szkotem? 
Zapomniał. To nie było ważne. 
Nie było ważne teraz i kiedyś. Wtedy, wiele lat wcześniej, gdy w jego głowie narodził się plan. Plan, który miał zniszczyć tych, którzy zniszczyli mu życie. Plan, który miał dać mu wszystko. 
Realizował go powoli. Sumiennie. Dokładnie. Przez lata zdobywał fundusze. Sojuszników. Tych ludzkich i tych, którzy pochodzili nie wiadomo skąd, lecz jego uznali za swojego władcę. Nie miał pojęcia, jak go widzą, jak uzyskał takie poszanowanie wśród nich. Może dzięki magii, którą dysponował? 
Teraz miał wszystko. Wszystko, by mógł nastąpić finał planu. Finał, który on miał wygrać. 
I nikt nie mógł mu przeszkodzić.


Przedstawiam wam czwarty rozdział tego opowiadania. Myślałam, że będzie w nim więcej Kubiaka, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że i tak w miarę wam się podobał. 
Dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod ostatnim rozdziałem. Każdy z nich był dla mnie ogromną motywacją. 
Serdecznie zapraszam też na moje pozostałe opowiadania, a także do zakładki "Wasze Blogi".
Pozdrawiam
Violin
PS Czy tylko mnie blogpsot ostatnio nie słucha?

1 komentarz:

  1. W miarę się podobało? Nawet nie żartuj - ten rozdział był genialny. Trzymał w napięciu od początku do końca. No i było w nim sporo Kubiaka :D
    Ta wiadomość od Króla Cieni była naprawdę straszna i niepokojąca. Boję się, że Antidze i Aleknie może stać się coś strasznego. Obawiam się też o bezpieczeństwo innych zawodników i trenerów. Co wymyśli Aśka, aby jakoś ratować sytuację? I kto posiada kolejne 4 kluczyki? Ktokolwiek by ich nie miał, mam nadzieję, że będą strzeżone jak oka w głowie, byleby nie dostały się w ręce okrutnego Króla Cieni.
    Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.
    Ściskam
    Ola

    OdpowiedzUsuń