niedziela, 16 lipca 2017

Rozdział 2

Bartek Kurek był przekonany, że widział już wszystko. Był w końcu siatkarzem, zwiedził połowę świata, ale w siedzibie IOS nie był nigdy. Tak naprawdę to tylko nieliczni, pojedynczy zawodnicy mieli okazję kiedykolwiek ją widzieć. Zwykle jeśli byłeś zapraszany do centrali, a nie do któregoś z oddziałów na całym świecie, to oznaczało, że masz kłopoty.
A teraz on i jego koledzy stali na środku olbrzymiego kompleksu i zupełnie nie wiedzieli, jak się zachować. Wokół nich rozciągały się ziole trawniki, po przecinane brukowanymi ścieżkami, a między nimi stały wysokie, nowoczesne budynki ze szkła. W oddali wokół niedużego placu, powiewały na masztach flagi  wszystkich możliwych państw. Mijało ich mnóstwo ludzi, głównie młodych, pędzących gdzieś z jakimiś papierami albo laptopami. Nikt nie zwracał uwagi na sportowców, wszyscy wydawali się być czymś bardzo zdenerwowani.
– Witamy w głównej siedzibie International Organization for Sportsman – powiedział z dumą Aśka, widząc, że szczęki wszystkich siatkarzy oraz członków sztabu już dawno osiągnęły poziom Rowu Mariańskiego. – To tutaj spędzicie co najmniej najbliższy tydzień – kontynuowała, jednocześnie machając na nich ręką, by szli za nią w stronę największego budynek.  – Mamy tu blok mieszkalny, dwie hale, nieduże,  ale do treningów wystarczą, basen, siłownie i stołówkę. Powinno się wam spodobać – uśmiechnęła się uprzejmie.
Przeźroczyste, ponad trzymetrowe drzwi rozsunęły się przed nimi z cichym sykiem. Weszli do środka i od razu uderzył ich chłód i kanciastość wystroju. Wszystko wyglądało tak, jakby dosłownie było wyjęte z filmów szpiegowskich.
– Zaraz ktoś przyjdzie i zaprowadzi was do pokoi – tłumaczyła, prowadząc ich olbrzymim holem. Nad ich głowami wisiały wąskie pomosty, zewsząd dobiegał do nich szum działających komputerów. – Za pół godziny potrzebuję kapitanów i drugich trenerów w sali zebrań. W pokojach macie plany kompleksu. Wszystko wam wyjaśnię, a wy przekażecie dalej, nie mam czasu żeby…
– Czy ktoś raczy mi powiedzieć, co tu się do cholery dzieje?!
Aśka przeklęła pod nosem wyjątkowo szpetnie. W ich stronę leciał bowiem, szybko i cokolwiek niebezpiecznie, duch, wymachujący wściekle kapeluszem z szerokim rondem.
Prawdziwy duch z nie do końca prawdziwym kapeluszem.
Związek ektoplazmy, na którego widok szczęki wszystkich polskich siatkarzy i całego sztabu wylądowały na podłodze.
– Dzień dobry, trenerze – Kobieta skinęła głową z kamiennym wyrazem twarzy.
– Chcę natychmiast wiedzieć, co to za afera. – Hubert Jerzy Wagner nie bawił się w uprzejmości. Może i fizycznie był tylko białym, bezcielesnym bytem nadprzyrodzonym, ale charakterek miał nadal. – Dlaczego podniosłaś czerwony alarm, gdzie jest mój strażnik i do cholery, co tu robi ta banda sierot?! – zamachnął się dłonią w stronę zawodników, a ci odruchowo skulili się w sobie.
– Ktoś porwał Władimira Alekne, Ferdinanda De Giorgi i Stephana Antigę – tłumaczyła beznamiętnym głosem prezeska. – Sytuacja jest bardzo trudna. Uważamy, że chodzi o klucze. Za pół godziny jest zebranie zarządu i Rady Trenerów. Znaczy się jej części. Jeśli chcesz, możesz wpaść – wymusiła uśmiech.
– Porwali Antigę? – Wagner zmarszczył brwi.
– Tak. Oraz jeszcze jednego strażnika i trenera.
Pokiwał głową. Z wyrazu jego twarzy nie można było wyczytać żadnych uczuć. Jeszcze raz spojrzał na siatkarzy, przewrócił oczami, prychnął pogardliwie, a potem odleciał po prostu bez słowa. 
– No i się zaczęło – westchnęła Aśka.
Znów rozdzwonił się jej telefon. Z irytacją sprawdziła, kto dzwoni, jednak kiedy tylko zobaczyła numer, zbladła gwałtownie. 
– Wojtek, Daisy, poprowadźcie ich dalej – powiedziała nerwowo. – Niech trafią do pokoi i na razie z nich nie wychodzą – dodała, a potem odebrała i odeszła, zostawiając ich samych.
Opiekunowie wymienili znaczące spojrzenia.
– Chyba jest bardzo źle – mruknął Wojtek. – Trzeba było zostać księgowym.

***

Stephane powoli odzyskiwał przytomność. Bolała go głowa, czuł nieprzyzwoitą suchość w ustach. Z trudem otworzył oczy. Leżał na czymś twardym, wokół panowała ciemność. Z cichym jękiem przekręcił się na bok, by stwierdzić, gdzie jest. Pachniało stęchlizną, grunt pod jego palcami był wilgotny. Przez malutkie okienko w drewnianych drzwiach wpadał wąski snop światła. Mężczyzna nie miał jednak siły, by wstać. Tępy ból przeszywał każdy jego mięsień. Przymknął powieki, próbując przypomnieć sobie, co się stało. Pamiętał tak naprawdę… Nic nie pamiętał. Był zbyt otępiały, by bardziej wysilić umysł. Z podświadomości tylko wydobył wspomnienie żony, nic więcej. Ostatkiem sił uniósł dłoń, chcąc dotknąć zawieszonej na szyi obrączki. Miał nadzieję, że ona doda mu siły.
Ale łańcuszka nie było.
Znów stracił przytomność.

***

Dotychczas Asia starała się trzymać nerwy na wodzy. Taką miała pracę, wymagano od niej zachowania zimnej krwi i chłodnego podchodzenia do każdej sprawy. Taka była jako opiekun reprezentacji Francji, potem Polski, potem jako wiceprezes IOS i właśnie dzięki tym cechom rok wcześniej została wybrana na prezesa.
Ale kiedy na wyświetlaczu telefonu zobaczyła numer, który prywatnie znała bardzo dobrze, numer starej znajomej, przyjaciółki jeszcze ze studiów, która trochę pośrednio wprowadziła ją w świat siatkówki i bez której nigdy nie zaczęłaby pracować dla IOS, po prostu się przestraszyła.
– Cześć, Stephanie – przywitała się uprzejmie, starając się stłumić drżenie głosu.
– Powiesz mi, co się dzieje? – Po drugiej stronie Francuzka wydawała się być naprawdę roztrzęsiona. – Nie mogę się dodzwonić do Stephana, nie mam z nim żadnego kontaktu. Zadzwoniłam do hotelu, to mi powiedzieli, że nikt go nie widział. Co się z nim stało? – zapytała płaczliwie.
Aśka przełknęła głośno ślinę. Wiedziała, że i tak będzie musiała odbyć tę rozmowę.
– Jeśli stoisz, to usiądź – poprosiła najpierw.
– Dlaczego?
– Bo nie mam dobrych wieści.
Na linii zapanowała cisza. Stephanie chyba usiadła, więc Polka kontynuowała:
– Stephane został porwany. Nie wiemy przez kogo, ale mamy podejrzenia, dlaczego.
– Co?
– I tak miałam ci powiedzieć. Ty i dzieciaki też jesteście w niebezpieczeństwie. Nie wiemy jak groźny jest przeciwnik, do czego jest zdolny.
– Nie…
– Chciałabym, mieć pewność, że nic wam nie grozi.. Za dwie godziny pojawi się ktoś od nas. Zabierze was w bezpieczne miejsce.
– Nie…
– Karz pokazać sobie identyfikator. Tak na wszelki wypadek. Jest charakterystyczny, nie da się go podrobić.
– Nie!
Zamilkła. Wybuch przyjaciółki trochę ją zaskoczył.
– Stephanie…
– Nie, nie i jeszcze raz nie! To nie jest prawda! – łkała opętańczo kobieta. – Znów sobie robi głupie żarty, obydwoje robicie! Nigdzie nie idę, nie ma mowy, nie…
– To niestety nie jest żart – westchnęła Asia. – Wiesz co, sama do ciebie przylecę. Najpierw mamy zebranie, ale najpóźniej za dwie i pół godziny będę. W tym czasie nie wychodź z domu. Spakuj tylko najbardziej potrzebne rzeczy.
– Dlaczego, dlaczego on, dlaczego teraz…
– Nie wiem. Nikt tego nie wiem. Ale wszyscy się tym zajmujemy. Poruszyłam niebo i ziemię. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
Nie bardzo wierzyła we własne słowa.

***
               
International Organization for Sportsman jako organizacja miała bardzo prosto zbudowany zarząd. Prezes, wiceprezes, szefowie poszczególnych oddziałów i kilku specjalistów. Dodatkowo osobnym bytem była Rada Trenerów. Ponieważ trenerzy mieli wyjątkową pozycje wśród podopiecznych agencji, jako jedyni mogli korzystać z magii. Mieli swój budynek, bibliotekę, wszystko, co było tylko potrzebne, by prowadzić drużynę. Rada składała się trzydziestu wybranych trenerów, przynajmniej jednego z każdej dyscypliny. Zbierała się co dwa miesiące, a raz w roku organizowany był duży kongres, na który przybywali wszyscy szkoleniowcy.
Mimo że Rada składała się z trzydziestu ludzi, to na samo zebranie przybyło zaledwie kilku, tych związanych z siatkówką, albo tych, którzy akurat byli pod ręką. Więcej raczej nie było potrzebne.
Oskar Kaczmarczyk siedział przy długim, metalowym stole i nerwowo rozglądał się wokół. Nie bardzo rozumiał, co się dzieje i jeszcze chyba nie do końca dotarło do niego, gdzie się znajduje. Obok niego Piotr Gruszka nerwowo miętolił róg swojej koszulki, za to naprzeciwko sam Barnardo Rezende bawił się zielono – żółtym fijet spinnerem. W długiej sali powoli zbierali się ludzie, zapanował gwar.
– Dziękuję za przybycie – zaczęła Asia, wstając z krzesła na końcu stołu. – Jak wiecie znaleźliśmy się ostatnio w dość trudnej sytuacji, więc…
– Przejdź do rzeczy – warknął były trener Brazylijczyków.
– Zaraz to zrobię – uśmiechnęła się krzywo Aśka. – Ale najpierw chciałabym przypomnieć kilka rzeczy, żeby nasi goście zrozumieli w jakim kontekście rozmawiamy.
Za jej plecami, z sufitu wyjechał idealnie płaski, nowoczesny ekran. Kobieta włączyła go, a na monitorze ukazały się zdjęcia sześciu ludzi, pięciu mężczyzn i jednej kobiety.
– Jak zapewne wiecie lub też nie, ci ludzie w 1972 założyli naszą organizacje. Wszyscy już nie żyją, Roberto Sattorii zmarł w lutym zeszłego roku – zaczęła tłumaczyć. – Także ci sami ludzie dali nam możliwość korzystania niewielkich zasobów magii na tej Ziemi. Używamy jej, by tylko do teleportacji i teoretycznie możemy do obrony. Dostęp do magii mają tylko określone osoby, opiekunowie, trenerzy i niektórzy pracownicy. Muszą mieć do tego odpowiednie opaski aktywujące.
– O, taką! – Rezende podniósł rękę i pomachał przed oczami Oskara nadgarstkiem z fioletową opaską z tworzywa sztucznego, z wbudowanym małym chipem.
– Dziękuję, Bernardo, prezentacja bardzo nam się przydała. – Asia mimo wszystko zachowywała kamienny wyraz twarzy. – Kontynuujmy jednak. My nie wiemy do końca, co jest źródłem magii, ale założyciele wiedzieli. Żeby zapewnić temu miejscu bezpieczeństwo, a jednocześnie nie zdradzać następcom jego położenia, storzyli sześć kluczy, które są wskazówkami, mają ułatwić znalezienie źródła. Klucze są magiczny, każdy sam wybiera sobie strażnika, z jakiś powodu zawsze wśród trenerów i to siatkarskich.
– Jesteśmy po prostu wyjątkowi.
– Nie pierdol, Rezende.
Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. Zimny wiatr przeszył ciała wszystkich zebranych. Oskar odruchowo skulił się w sobie. Siedzący trochę dalej Mauro Berutto przełknął głośno ślinę, Julio Velasco zacisnął oczy i bezgłośnie ruszał ustami, jak małe dziecko bojące się ciemności.
W progu stała ona. Jedyna kobieta w organizacji, która miała autorytet równy z autorytetem Aśki, jeśli nawet nie większy.
Jenny Lang Ping, trener reprezentacji kobiet Chin, szybkim krokiem przeszła przez pomieszczenie. Nikt nie odważył się na nią spojrzeć. Jedynie pani Prezes uśmiechnęła się odruchowo widząc trenerkę.
– Dobrze, że jesteś.
– Przepraszam za spóźnienie. Musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę.
– Wiesz o co chodzi?
– Oczywiście.
– Przepraszam…  – Oskar niepewnie uniósł dłoń. Dan Lewis obdarzył go spojrzeniem, jakby właśnie Polak podpisał na siebie wyrok śmierci.  – Możemy przejść dalej? Bo my nadal nie wiemy, co się stało z naszym trenerem.
– Będzie w skrócie – Jenny przejęła inicjatywę. – Jest sześć kluczy. Takich, jak ten – pokazała im swojego kolczyka. – Każdy ma swojego strażnika. Prowadzą do źródła magii. Kto je znajdzie, najprawdopodobniej posiądzie moc, wystarczającą do zawładnięcia światem. Koniec.
– Fefe jest strażnikiem? – Piotrek uniósł pytająco brew.
– Nie. I tu jest problem – westchnęła Asia. – Stephane i Władimir mają swoje klucze. Ale Fefe? Dlaczego on?
– Czy one zawsze są takie malutkie? – zapytał nagle Oskar. – Te klucze?
– Tak. Dlaczego pytasz?
– Bo Fefe ma sygnet. Stary, rodzinny. Otwiera się go i w środku właśnie znajduje się taki kluczyk. Ktoś mógłby się pomylić.
Aśka w zamyśleniu podrapała się po głowie.
– To ma odrobinę sensu – mruknęła. – No dobrze, chyba mamy ustalone, co się stało. Nie wiemy jeszcze, kto to zrobił, ale pracujmy nad tym. Na razie to tyle. Dziękuję za uwagę.
– A możemy wiedzieć, kiedy mniej więcej odzyskamy trenera? – wyrwało się Kubiakowi. – Bo niedługo są mistrzostwa Europy…
– Chciałabym to wiedzieć – westchnęła. – Tak strasznie bym chciała.

***
               
Zawodnicy siedzieli w pomieszczeniu przeznaczonym dla fizjoterapeutów. Wszyscy milczeli. Każdy z nich próbował przetworzyć to, co właśnie usłyszał od kapitana. Z zewnątrz dobiegał do nich typowy wiejski gwar. Gdzieś w oddali słyszeli odgłosy, zbliżającego się helikoptera.
– Nie wygląda to dobrze – mruknął pod nosem Kurek.
– Wygląda bardzo źle – westchnął Zati. – Powiedzmy sobie szczerze, zostaliśmy bez trenera. A za dziesięć dni zaczynają się mistrzostwa. Musimy trenować.
– Na razie zajęcia możemy poprowadzić ja i Oskar. – Piotrek wzruszył ramionami. – Prawda, Oskar…?
– Co? – Były statystyk podniósł zagubiony wzrok znad telefonu. Siedział w kącie pomieszczenia i od samego początku spotkania nie zwracał uwagi na to, co się dzieje, jedynie pustym spojrzeniem wpatrywał się w komórkę.
– Wszystko w porządku? – Gruszka zaczął się niepokoić.
– Jest okej. – Kaczmarczyk wymusił uśmiech.
Trener nie był co do tego przekonany i mimo wszystko spojrzał przez ramię kolegi na jego telefon. Na ekranie wyświetlała się historia połączeń. Wszystkie wychodzące, nieodebrane przez drugą stronę.
Stephane, Fefe, Stephane, Fefe, Stephane, Fefe, Stephane…
– Zniknęli – wychrypiał słabo Oskar. – Obydwaj.
Piotrek zacisnął zęby. Doskonale wiedział, że były statystyk jest bardzo związany z obydwoma trenerami. Byli jego przyjaciółmi, zawsze mógł liczyć na ich pomoc, a teraz, gdy to oni byli w niebezpieczeństwie, nic nie mógł zrobić.
– Będzie dobrze…
– Nie wiemy, gdzie są ani co się z nimi dzieje. Może właśnie leżą poturbowani i wygłodzeni w jakimś lochu. Albo są torturowani. I tracą zmysły. Albo już nie żyją…
– Nie mów tak! – Bieniek poderwał się gwałtownie z miejsca. 
Oskar spojrzał na niego pustym wzrokiem. W jego oczach panowała ciemność, zbierały się łzy bezsilności.   
– A jeśli tak właśnie jest? – szepnął.

***
               
– Jeden z nich nie jest strażnikiem. 
– Jak to nie jest?! – Król Cienia gwałtownie podniósł się z tronu. Jego czerwone oczy wypełnił żywy ogień. Klęczący przed nim sługa wzdrygnął się mimowolnie.
– Popełniliśmy drobny błąd…
Władca nie wytrzymał. Z jego rąk wystrzeliła kula ognia. Cień zamienił się w popiół.
– Co z ostrzeżeniem? – warknął do stojących obok tronu strażników.
– Już prawie gotowe.
– Pozbądźcie się go. Ale nie zabijajcie. Niech wiedzą, że potrafimy być łaskawi – uśmiechnął się chytrze. – To ich skutecznie zmyli.  


Hejo!
Mam nadzieję, ze po tym rozdziale już wiecie, co się stało. Jeśli nadal coś jest nie jasne, to proszę, piszcie, bo to dla mnie bardzo ważne.
Ogólnie, jak wam się podoba historia?
Do zobaczenia pod następnym rozdziałem.
Violin

1 komentarz:

  1. Historia oczywiście bardzo mi się podoba. Po tym rozdziale rzeczywiście wszystko jest już dużo bardziej zrozumiałe.
    Wydaje się, że siatkarze i cały IOS mają ogromne kłopoty. Mam nadzieję, że powoli zaczną przybliżać się do rozwiązania zagadki zniknięcia trenerów. Chociaż jestem przekonana, że będzie czekało na nich wiele pułapek i tajemnic :D
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Serdecznie pozdrawiam
    Ola

    OdpowiedzUsuń