czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 1

Była siódma rano. Dwudziestoczteroletni Wojtek Wisłocki siedział w lobby krakowskiego hotelu Hilton i leniwie stroił swoją gitarę. Kilka metrów dalej młoda, urocza recepcjonistka nerwowo pracowała na komputerze, co chwilę kątem oka spoglądając na chłopaka. Przy stoliku niedaleko niewyspany Jacek Kasprzyk popijał zimna już kawę.
Jedna z nowoczesnych wind otworzyła się z cichym sykiem i do lobby powoli wkroczył Blair Bann. Kanadyjski libero mruknął pod nosem ciche „good morning”, rozglądnął się po holu, zrobił krok w przód, potem w tył, a następnie wiedziony jakąś diabelska siłą wybiegł przed hotel. Tam też rozglądnął się uważnie, podrapał po głowie, wyjął telefon, wykręcił jakiś numer, a gdy nie uzyskał odpowiedzi, ze spuszczoną głową, niczym zbity pies, wrócił z powrotem do budynku.
– Przepraszam, nie widział ktoś przypadkiem Stephana? – zapytał na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli.
Pokręcili przecząco głowami.
– Na pewno nie? Nigdzie? Nie wychodził przypadkiem z hotelu? – dopytywał, a z każdą kolejną sekundą był coraz bardziej przerażony.
Znów synchroniczne zaprzeczenie.
Wojtek brzdęknął smutno pojedynczą struną.
 odetchnął głęboko, bezsilnie opadając na kanapę obok gitarzysty.
– Czyżbyście zgubili trenera, drogi przyjacielu? – uprzejmie zwrócił się do siatkarza Polak.
– A żebyś wiedział – prychnął ten, z irytacją przeczesując palcami starannie ułożoną fryzurę. – Nigdzie go nie ma! Totalnie! Zawsze budzi się jako pierwszy i jako pierwszy schodzi na śniadanie, więc Dan się jakoś za bardzo nie zdziwił, że go nie było, gdy się obudził! Ale Stephana nie było na śniadaniu! Ani na basenie! Ani na…
– Wojtek!
Rozpaczliwy wywód Blair’a został przerwany przez trzech innych, tym razem polskich siatkarzy. Paweł Zatorski, Michał Kubiak i Bartek Lemański wpadli do lobby z prędkością, jakby ich sam diabeł gonił. Ten ostatni przy okazji zawadził łepetyną o futrynę windy, ale był tak czymś podniecony, że nawet nie zwrócił uwagi na malowniczego guza, którego się najprawdopodobniej nabawił.
– Mamy problem – Kubiak stanął przed Wisłockim z skrzyżowanymi na piersi rękami i wzrokiem, którym spokojnie mógłby wystraszyć na śmierć rosyjskich szpiegów.
– Jaka to rozterka targa twoje serce, kapitanie? – chłopak nie wyglądał na jakoś bardzo poruszonego zachowaniem zawodników. Może i był to jego pierwszy sezon w roli opiekuna orzełków, ale już zdążył się przyzwyczaić, że w ich oczach nawet błahostki potrafią urosnąć do rangi największych problemów tego świata.
– Fefe zniknął! – wychlipał rozpaczliwie Zati.
– Nigdzie nie możemy go znaleźć. Tak zupełnie, zupełnie nigdzie – uzupełnił wypowiedź libero Leman.
– To jest problem – oświadczył stanowczo Michał. – A ty jesteś naszym opiekunem. Do twoich obowiązków należy rozwiązywanie problemów. Szczególnie tych dziwnych problemów.
Wojtek westchnął cicho, z zrezygnowaniem okładając na bok swoją gitarę. Jego wizja spokojnego, leniwego poranka właśnie bezpowrotnie wyparowała.
– Jak widać jedziemy dzisiaj na tym samym wózku, towarzyszu – zwrócił się po angielsku do Kanadyjczyka, który niewiele rozumiał z tej nad wyraz emocjonalnej wymiany zdań. – Wy nie macie trenera i my też nie mamy trenera. To oznacza…
– Że albo robią sobie z nas żarty i grają gdzieś razem w szachy, albo mamy do czynienia z niezłą aferą.
Wszyscy, jak na zwołanie odwrócili się w kierunku wejścia, słysząc czyjś lodowaty głos. W drzwiach stała ona. Wysoka kobieta o krótko ściętych, czarnych włosach, w kocich okularach i idealnie wyprasowanej marynarce, przeszywającym wzrokiem wodziła po zebranych.
Recepcjonistka jeszcze bardziej skuliła się za kontuarem. Wojtek głośniej przełknął ślinę. Jacek zaczął większą uwagę poświęcać swojej kawie.
Jedynie Michał na widok kobiety uśmiechnął się szeroko.
– Asica! – jego optymistyczny wrzask słychać było chyba w całym Krakowie. Zupełnie nie zważając na protesty kobiety, podbiegł do niej i porwał w ramiona.
   A trochę siły w barach miał.
   – Kubiak. Natychmiast. Odstaw. Mnie. Na. Ziemie. – wycharczała wściekle Aśka.
   Przyjmujący niechętnie wykonał polecenie.
   – Co tu robisz? – zapytał, nadal z szerokim uśmiechem na twarzy. Pojawienie się w hotelu Joanny Mazowieckiej, ich byłej już opiekunki, wielu starszych zawodników uznałoby za koniec wszelkich problemów.
   – Jako prezes IOS mam obowiązek na prośbę opiekunów przyglądać się bliżej różnym dziwnym zjawiskom – wyjaśniła głosem zupełnie wypranym ze wszelkich emocji. – A dodatkowo, czy nie mogę po prostu skontrolować poziom zidiocenia wśród moich byłych podopiecznych? – uśmiechnęła się ironicznie.
   – Na prośbę opiekunów? – zapytał już mocno podenerwowany Wojtek. –Ja o nic nie prosiłem.
   – Ale Margaret McHeaven, opiekunka reprezentacji Kanady owszem. Podobno zgubiliście trenera? – tym razem kobieta zwróciła się do Bann’a.
   – Nie tylko oni – wtrącił się Zatorski. – My naszego też nie możemy znaleźć.
   – Ferdinando zniknął? – uniosła pytająco brew. – To dziwne… – w zamyśleniu podrapała się brodzie. – Nawet bardzo dziwne… Wojtek, zbierz wszystkich opiekunów, chcę za pół godziny widzieć was w sali konferencyjnej – zarządziła stanowczo. Jednocześnie odezwał się jej telefon. – Wykonać! – dodała jeszcze, a potem odebrała połączenie i odeszła nie zaszczycając ich ani jednym spojrzeniem.
   – Czy szykuje nam się jakaś grubsza afera? – zapytał Wojtka Leman.
   – Jeszcze nie wiem – mruknął chłopak. – Ale moje wewnętrzne przeczucie mówi mi, że nie jest dobrze.

***
  
 Dmitrij Terlov z trudem uchylił jedną powiekę. Jęknął przeciągle, odwrócił się na praw bok i uchylił drugą powiekę. Powoli uruchamiał kolejne szare komórki, mózg zaczął pracować.
   Najpierw ożywił się zmysł węchu. Drażniący zapach alkoholu etylowego wręcz wyżarł mu wszystko to, co jeszcze pozostało pod czaszką. Z jeszcze większą niechęcią spróbował zobaczyć i ogarną, gdzie jest i co się stało.
   Informacje dochodziły do niego z prędkością ślimaka winniczka. Zrobił imprezę. Na cześć wnuka. Trochę wypili. Chyba nawet więcej niż trochę. Grali w karty. I dorysowywali wąsy rosyjskim politykom. I możliwe, że próbowali zamówić pizzę, udając Katarzynę II i Lenina…
   A potem film mu się urwał.
   Nieznacznie podniósł głowę i potoczył wzrokiem po salonie, starając się policzyć kolegów. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… zaraz, powinno być pięciu.
   Jeszcze raz.
   Raz, dwa, trzy, cztery…
   Cholera.
   – Sasha! – szturchnął, leżącego obok znajomego. – Obudź się do cholery, stary pryku!
   – Co jest…? – wybełkotał słabo.
   – Problem mamy – warknął Dmitrij. – Władek wziął i wyparował.

***

W ogromnej sali konferencyjnej siedziało tylko pięć osób. Joanna Mazowiecka, prezes IOS, jej zastępca i opiekun reprezentacji Rosji Ivan Valkovic, spec od komputerów Arsene Blain, zwany też „kogucia niańką, oraz Wojtek Wisłocki i wspomniana już wcześniej Margaret „Daisy” McHeaven.
– Na początku miałam zamiar urwać wam łby. Jak można zgubić dwóch nieogarniętych trenerów! – zaczęła Aśka, mierząc wzrokiem swoich współpracowników. – Ale pewne zdarzenia zmusiły mnie do zmiany moich planów – westchnęła z irytacją. – Chcę usłyszeć po kolei, jak to się zaczęło?
– Od razu mówię, że nic nie wiem – od razu zastrzegł Arsene. – Mój trener ma się bardzo dobrze, z tego co wiem, w tym momencie właśnie je śniadania. Stan osobowy zawodników też mi się zgadza.
Kobieta posłała mu tylko jedno ze swoich morderczych spojrzeń i kiwnięciem głowy nakazała mówić Daisy.
– Tak naprawdę to się nic nadzwyczajnego na początku nie wydarzyło – dziewczyna nerwowo przeczesała dłonią pstrokato zielone włosy. – Stephane nie pojawił się na śniadaniu, więc zaczęliśmy go szukać. Dzwoniliśmy, wysyłaliśmy smsy, nie odbierał, nie odpowiadał, to zaczęliśmy się denerwować. Wezwałam cię, bo znalazłam to – wyjęła z kieszeni bluzy telefon.
Asia wzięła do ręki zwykłego, czarnego smartphone i obejrzała go dokładnie. Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, gdy włączyła go, a jej oczom ukazało się zdjęcie dwójki dzieci, ustawione na wygaszaczu.
– To komórka Stephane – stwierdziła bez problemu. W końcu znała go na tyle dobrze, by rozpoznać jasną czuprynę Timotiego i szeroki uśmiech Manoline.
– To już wiemy – przytaknęła Daisy. – Tylko niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego leżał za paprotką w korytarzu na drugim piętrze?!
Aśka w zamyśleniu podrapała się po brodzie, a następnie trochę niechętnie odblokowała ekran.
– Coś jest bardzo nie tak – mruknęła. – Pisał z żoną. I przerwał. Nigdy nie przerywa – zgasiła telefon. – A co z De Giorgim?
– Jego po prostu nie ma – rozłożył bezradnie ręce Wisłocki. – Tak jak Stephana. Jakby oboje rozpłynęli się w powietrzu!
Zapadła cisza. Wojtek tępo wpatrywał się swoje paznokcie. Daisy bawiła się bransoletką z ćwiekami. Arsene co chwilę poprawiał zsuwające się z nosa okulary. Ivan siedział sztywno, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
– Dlaczego nie urwałaś im łbów? – zapytał nagle.
– Proszę?
– Mówiłaś, że miałaś zamiar urwać im łby, ale stało się coś, co sprawiło, że zmieniłaś plany. Co to było? – jego głos był zupełnie wyprany z emocji.
Ivan Valkovic nie miał zwyczaju czymś się specjalnie przejmować. Miał pięćdziesiąt trzy lata i był byłym agentem rosyjskich służb specjalnych. Miał ponad dwa metry wzrostu, łysy czerep, szerokie bary i dłonie jak bochny chleba. Nawet sam Władimir Alekno z nim nie zadzierał, a największy „kozak” reprezentacji, Spiridonov, na jego widok wydawał z siebie pisk małej dziewczynki i uciekał, gdzie pieprz rośnie.
Aśka zmięła w ustach przekleństwo.
– Dostałam informacje od moskiewskiej policji. Dzisiaj rano zanotowano zaginięcie Władimira Alekny.
– Co?!
– Dlatego nie jestem na was tak wściekła, jak powinnam być – westchnęła. – Proszę państwa, mamy do czynienia z jakąś większą aferą. Poinformowałam już centralę. Ogłosiliśmy kod czerwony. Wszystkie wydziały w pełnej gotowości. To nie jest normalne. Jeśli do jutra…
– Zaraz, sekundę – przerwał jej nagle Arsene. – Mamy do czynienia z porwaniami, prawda? W takim razie odpowiedzcie mi na jedno, podstawowe pytanie. Po kiego grzyba ktoś chciałby ich porywać? – odchylił się na krześle i przetarł rękawem koszuli okulary. – Żaden z nich nie dysponuje fortuną, okup byłby za mały. Możliwe, że Alekno ma jakieś kontakty z „górą”, a w rodzinie Fefe jest sycylijski mafiozo, ale kurczę przecież Antiga muchy by nie skrzywdził, żadnych znajomości nie ma, przykładny europejski obywatel, kto by się niby miał nim interesować.
Aśka i Ivan wymienili znaczące spojrzenia.
– Władimir i Stephane są strażnikami – mruknęła kobieta, krzyżując ręce na piersi.
– Ale De Giorgi nie!
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy myśleli o tym samym. Skoro nie było żadnego innego powodu, by uprowadzić tych trenerów, to musiało chodzić o złote klucze.
                – Wiem, że to wygląda dziwnie – zaczęła Mazowiecka. – Przez ponad czterdzieści lat strzegliśmy naszej magii i nikt się nią nie interesował. A teraz nagle okazało się, że mamy wroga, który chce ją zdobyć.
– Co robimy? – Ivan od razu zaczął racjonalnie podchodzić do sytuacji.
– Musimy zwiększyć ochronę wszystkich drużyn – zarządziła. – Już się tym zajmują w centrali. Arsene i Ivan, wasze drużyny miały zostać w Polsce, aż do rozpoczęcia Mistrzostw, tak? – obydwaj zgodnie pokiwali głowami. – W takim razie niech tu zostaną. Dostaną dodatkową ochronę i przydzielę im opiekunów zastępczych. Was będę potrzebowała w bazie.
– A Polacy i Kanadyjczycy?
– Tu boję się, że mogą prędzej być na rażeni na niebezpieczeństwo. Jeśli przeciwnik jest groźny, a musimy się nastawić na to, że jest. Chcę mieć tych chłopaków w siedzibie, na oku.
– Dawno nie przebywała u nas żadna drużyna – zauważył niepewnie Wojtek.
– Sytuacja jest taka, a nie inna. To moja decyzja – stanowczo powtórzyła.
Znów zapadła cisza. Każdy próbował przetworzyć informacje, jakie właśnie usłyszał, powoli docierało do nich w jakie najprawdopodobniej bagno wpadli.
– Ale jesteś pewna, że chodzi o klucze? – zapytała nagle Daisy. – Może to coś mniej okropnego…
– Zawsze musimy zakładać najgorsze – westchnęła Asia. – A niestety mam przeczucie, że nadchodzi dla nas ciężki czas.

***

Wśród zawodników występujących na Memoriale Wagnera panowało ogólne poruszenie. Zniknęło w końcu dwóch trenerów, pojawiła się prezes IOS, więc sprawa musiała być naprawdę poważna. Polacy i Kanadyjczycy łamali sobie głowę nad tym, co się mogło stać z ich selekcjonerami, Francuzi nie odstępowali swojego na krok, tak na wszelki wypadek i chyba tylko Rosjan mało to wszystko obchodziło.
Przynajmniej na razie.
– Podsumujmy wszystko jeszcze raz – Oskar Kaczmarczyk zrobił dwa kroki w tył, by objąć wzrokiem całą tablicę. Razem z sztabem i zawodnikami siedzieli w jednej z sal konferencyjnych ( na szczęście hotel miał ich dużo) i próbowali po swojemu dojść, co się stało z De Giorgim. – Ostatni raz Fefe był widziany o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, gdy rozmawiał z Piotrkiem.
– Porozmawialiśmy, życzył mi dobrej nocy, a potem rozeszliśmy się do swoich pokoi – uzupełnił wypowiedź kolegi Gruszka.
– O godzinie szóstej trzydzieści planowo wszyscy mieliśmy zjeść śniadanie, by za piętnaście ósma wyjechać do Warszawy – kontynuował Kaczmarczyk. – Ferdinando nie pojawił się na śniadaniu. Po przeszukaniu całego hotelu, stwierdziliśmy, że zniknął.
– Dla mnie to nadal wygląda na głupi żart – prychnął Drzyzga, lekceważąco kiwając się na krześle.
– Jeśli to tylko żart, to w takim razie, co tu robi Asia? – odpowiedział mu Kłos.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy już doskonale wiedzieli, że to nie jest żart.
Ciszę przerwał huk otwieranych drzwi i wiązanka średniowiecznych przekleństw, która poleciała, gdy Wojtek wpadł na stojące w przejściu pudło z rzeczami fizjoterapeutów.
– Ej, człowieki, jest sprawa – zaczął, otrzepując się z kurzu. – Dość ważna. Za pół godziny wszyscy mają być w sali na dole – ogłosił, nerwowo bawiąc się rąbkiem sztabowej koszulki. – Z swoimi walizkami, sprzętem i ogólnie tym, co jest nam potrzebne na resztę zgrupowania. Asia zarządziła, że pędzimy ten tydzień w bazie IOS. My i Kanada. Tak na wszelki wypadek.
Zawodnicy wymienili zdumione spojrzenia, a Fabian aż z wrażenia spadł z krzesła. Bardzo rzadko zdarzało się, by jakiś sportowiec miał okazję być w głównej siedzibie tej słynnej organizacji, już nie mówiąc o całych drużynach.
Dostali pół godziny, ogarnęli się w piętnaście minut. W sali już czekała na nich Asia wraz z opiekunami i kanadyjskimi zawodnikami, którzy byli równie zdziwieni, co oni.
– Obecna sytuacja wymogła na nas takie, a nie inne działania – zaczęła swoje przemówienie Mazowiecka. – Za chwilę będziecie mieli okazje doświadczyć czegoś, co ludzie zwykli nazywać magią. Chwycicie się za ręce, a wasi opiekunowie przeniosą was do głównej bazy International Organization for Sportsmen.
– Że niby będziemy się teleportować? – dobiegło ja pytanie, gdzieś z głębi sali.
– I tak po prostu znajdziemy się we Włoszech?
– To jest możliwe?
– Czy to będzie bolało?
– Trzy razy tak i trochę – odpowiedziała. – Będziemy przenosić ponad czterdzieści osób na raz, a to wymaga wysiłku i przedarcia się przez sporą ilość materii. Dlatego możecie odczuwać mdłości i zawroty głowy. Zrozumiano?
Czterdzieści kilka osób przytaknęło zgodnie, choć wyglądali na dość niepewnych. Dan Lewis już był zielony, Mateusz Bieniek nerwowo obgryzał skórki od paznokci, a Damian Wojtaszek nucił pod nosem piosenkę o czterech zielonych słoniach, która podobno działa uspokajająco.
– Klasyka – prychnęła pod nosem Asia. – A więc zaczynamy!

***

Sali tronowej panowała cisza. Cień klęczał przed władcą z nisko spuszczoną głową. Najwyższy demon był spokojny. Jego oczy lśniły w półmroku czerwonym blaskiem. Widmowe palce leniwie stukały o podłokietnik z czarnego marmuru.
– Namierzyliśmy kolejnego strażnika, panie – powiedział cień głębokim, zachrypniętym głosem. 
– Gdzie?
– W Brazylii, panie. – Nie odważył się unieść wzroku. Przy dzięciometrowym władcy był mrówką, którą z łatwością można rozdeptać.
– Coś jeszcze?
– Chyba zaczynają coś podejrzewać. Zwiększyli ochronę.
– Są w stanie nam zagrozić?
– To tylko ludzie. Nie mają z nami szans.
– Wyślijcie im ostrzeżenie. Niech nie wchodzą nam w drogę, a może czeka ich bezbolesna śmierć.
– Tak, panie. 


Witam wszystkich serdecznie! Rozdział miał się pojawić już wczoraj, ale nie wyrobiłam, za bardzo wciągnął mnie mecz Rosja/Kanada ( Kanada w półfinale, czy to nie jest niesamowite xd). 
W każdym razie, prezentuję wam pierwszy rozdział tego opowiadania. Jest on dosyć chaotyczny, ale mam nadzieję, że mniej więcej zrozumieliście, o co chodzi. W następnym rozdziale będę i tak wszystko wyjaśniać, więc jeśli nie dotarło do was moje pokrętne myślenie, to spokojnie, do mnie też czasami nie dociera. 
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. 
Serdecznie zapraszam też na nowe rozdziały na moich pozostałych blogach. 
Pozdrawiam
Violin

2 komentarze:

  1. Ale super! Pierwszy rozdział i już tyle się dzieje? Porwania, magia, demony. No coś wspaniałego po prostu! Bardzo podoba mi się to opowiadanie i już nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałów.
    Pozdrawiam
    Ola

    OdpowiedzUsuń