niedziela, 21 stycznia 2018

Rozdział 12

Trudno było uspokoić podnieconych swoim odkryciem Kanadyjczyków. Stojąc na głównym dziedzińcu siedziby IOS siatkarze przekrzykiwali się wzajemnie, chcąc koniecznie dokładnie opowiedzieć o tym, jakim heroizmem się wykazali, wchodząc do ciemnego, tajemniczego tunelu i odnajdując potężny portal. W ich ustach brzmiało to co najmniej tak, jakby sami ocalili świat, przy okazji pokonując hordę potworów, szyderczo śmiejących się złoczyńców i napalonych hotek.
A to wszystko jeszcze przed obiadem.
– Okej, dobrze, rozumiem, ale może powiecie mi w końcu, gdzie ten portal jest? – zapytała z zrezygnowaniem Aśka. Pół godzinnych wywodów zawodników wysłuchała z czystej litości, a także dlatego, że była zbyt zmęczona by protestować. Ostatnie dni były więcej niż trudne, a dodatkowo już za chwilę miały zacząć się Mistrzostwa Europy, do których też musiała przygotować ludzi.
– No… zaraz… to było na takim wzgórzu… – Siatkarze spojrzeli na siebie niepewnie, a Taylor posłał kobiecie zakłopotany uśmiech.
– Mogłam się tego spodziewać – westchnęła głęboko Mazowiecka. – Przyślę jakiś ludzi i ich tam zaprowadzicie, dobrze? Powiedzcie Danowie, że bardzo go przepraszam, ale jeśli tego nie zrobicie, to i tak treningi na nie wiele się zdadzą, bo wszyscy zginiemy przed mistrzostwami NORCEA. – Uśmiechnęła się cierpko.
Cała piątka zgodnie pokiwała głowami. Asia zmierzyła wzrokiem każdego z nich i z zdumieniem zauważyła wyjątkowe, wręcz nieprzyzwoite zdeterminowanie na ich twarzach. Nie była to jednak chęć przeżycia przygody, jak u małych dzieci w parku linowym, a coś o wiele poważniejszego.
Gdzieś w głębi ich oczu dostrzegła chęć zemsty. Ukrytą i stłumioną przez podświadomość. Nie spodziewała się tego po zwykłych siatkarzach.
– Idźcie na hale i tam zaczekajcie – powiedziała jeszcze, odwracając się do chłopaków plecami. – Ja muszę pracować. – Odeszła szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.
Zatrzymała się dopiero w głównym budynku, przy specjalnej windzie, do której dostęp mieli tylko wyselekcjonowani pracownicy. Nacisnęła odpowiedni przycisk, a drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Sama weszła do środka, a gdy winda ruszyła, zmęczona oparła się o ścianę.
– Dlaczego tak się tym przejmuję? – zapytała samą siebie. – To zupełnie bez sensu. – Przetarła dłonią klejące się oczy. Zdecydowanie nie rozumiała co się z nią ostatnio dzieje. Do tego jeszcze te głupie pytania Ivana…
Jakby na zawołanie, gdy tylko drzwi windy rozsunęły się, tuż przed nią wyrosła postawna sylwetka Rosjanina.
– Musimy pogadać – warknął, krzyżując ręce na piersi.
– Coś się stało? – mruknęła, choć doskonale wiedziała, że to idiotyczne pytanie.
Odpowiedź mężczyzny była bowiem konkretna i cokolwiek przerażająca.
– Arsene zniknął.
***

– Jeszcze raz podsumujmy ile mamy portali.
Jenny Lang Ping krążyła wokół jednego z wielu stołów w bibliotece. Na skrzypiących krzesłach siedzieli Rezende, Velasco i Alekno, a nad blatem unosił się Wagner.
– Jeden w Indiach i jeden w Rzymie – zaczął Władimir. – Polacy obiecali, że znajdą ten w Krakowie.
– Mniej więcej znamy położenie wszystkich – wtrącił się Julio.
– Nic nam to nie daje, bo Mściciele na pewno znaleźli i zabezpieczyli te trzy, których położenie znają – mruknął Hubert. – Podziękujcie Antidze.
– Przymknij się, Wagner – warknęła Jenny. –  W każdym razie, na razie możemy uznać, że jest mniej więcej po równo, ale ze wskazaniem na nas. Oprócz tego, że znamy lokalizacje portali, mamy też cztery klucze, a bez nic nie można zrobić.
– Jaki więc będzie nasz następny krok? – zapytał Rezende, odchylając się na krześle.
Kobieta posłała mu jedno z swoich zabójczych spojrzeń.
– Spróbujemy odbić ich portale.
***

– Zabiję was, normalnie urwę wam te łby i rzucę psom do zabawy!  – Wściekła Aśka chodziła po pokoju spotkań opiekunów z założonymi z tyłu rękami i klnąc jak szewc, wydziczała się na swoich pracowników. – Najpierw gubicie dwóch trenerów, a teraz jeszcze kolegę. No powiedzcie mi, jak można zgubić Blaina?! Przecież jego ego jest wyczuwalne w promieniu dwustu kilometrów!
– No bo on po prostu wyszedł i już nie wrócił – wyszeptała przerażona Daisy, kuląc się na szerokiej kanapie.
– To było jakieś sześć godzin temu – dodał Jack, opiekun amerykańskich koszykarzy.
– Próbowaliśmy się do niego dodzwonić, ale ten nerd od własnej matki nie odbiera – prychnął Carlos, na co dzień zajmujący się hiszpańskimi tenisistami.
– Idioci! – Ivan przewrócił oczami, a potem chwycił Aśkę za ramię i odciągnął do pomieszczenia obok, by mogli w spokoju porozmawiać. – To nie jest zwykłe zniknięcie – powiedział, gdy tylko z hukiem zatrzasnął za nimi drzwi.
– Co masz na myśli? – zapytała kobieta, opierając się o blat starego, drewnianego biurka.
– Arsene często znika. W różnym celu. Czasami po prostu chce być sam. Czasami wychodzi się zabawić. A czasami po prostu zamyka się w swoim mieszkaniu i pije na umór, oglądając rodzinne zdjęcia. To u niego normalne. – Ivan podszedł do okna i omiótł wzrokiem rozciągającą się aż po horyzont siedzibie IOS. – Ale tym razem jest inaczej.
– To tylko twoje podejrzenia, czy jesteś pewien.
– Przeczucie. Ono jeszcze nigdy mnie zawiodło.
– Zawsze musi być ten pierwszy raz.
Ivan zacisnął pięści. Stal przodem do okna, więc Polka nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy. Mogła sobie jednak wyobrazić, jak usta Rosjanina zaciskają się w wąską kreskę.
– Nie wziął ze sobą medaliku – mruknął nagle mężczyzna.
– Tego od Louisa? – Aśka nerwowo przestąpiła z nogi na nogę.
– Tego samego.
Mazowiecka westchnęła głęboko. Nie tego się spodziewała.
– Powiadomiłeś już Philippa? – zapytała, podchodząc do Ivana.
– Jeszcze nie.
– Powinieneś. Będzie się denerwował. To w końcu jego syn. Rodzic zrobi wszystko, by jego dziecko było szczęśliwe.  
– Nawet odda kompletnie obcym ludziom?
– Mieliśmy o tym nie rozmawiać.
– Przepraszam. Zadzwonię do Blaina i o wszystkim mu powiem.
– Myślisz, że stało się coś złego.
– Tak. Tak myślę.
***

Droga do Warszawy dłużyła się Kurkowi niemiłosiernie. Przez ponad dwie godziny atmosfera wśród siatkarzy zmieniała się jak w kalejdoskopie, zaczynając od ogólnego podniecenia i radości z odkrycia Kanadyjczyków, zaraz jednak przechodząc w ogólne otępienie. W powietrzu bowiem cały czas wisiała niepewność, czy i oni odnajdą zaginiony portal.
Wydawałoby się, że jedyną osobą w autobusie, która w ogóle nie przejmuje się grożącym ludzkości niebezpieczeństwie, jest Ferdinando de Georgi. Pierwszy trener siedział w pierwszym rzędzie i w skupieniu, ale z uśmiechem na ustach przeglądał nagrania z ostatnich meczów Serbów. Co pewien czasy zatrzymywał film i wesoło pogwizdując pod nosem, notował coś w krwistoczerwonym notesiku. Gdy lekko zaniepokojony Oskar Kaczmarczyk zapytał go, czy nie martwią go zaistniałe zdarzenia, trener tylko z zrozumieniem pokiwał głową, a potem odpowiedział spokojnie:
– Najważniejsze są Mistrzostwa.
Bartek słyszał tę krótką wymianę zdań i nie mógł zaprzeczyć, że słowa Włocha uderzyły go dogłębnie, kazały się zastanowić nad całą sytuacją. W końcu, czy Fefe nie miał racji? Szukanie portalu, szukaniem portalu, ale przecież i tak nie mogli więcej zrobić. Czy więc nie lepiej byłoby po prostu skupić się na tym, co tu i teraz, by choć na chwilę odegnać widmo nadchodzącej zagłady?
Atakującego tak pochłoną ten temat, że nawet nie zauważył jak dojechali do hotelu. Z autokaru pierwszy wysiadł Wojtek, dając jednocześnie znak pozostałym, by się jeszcze nigdzie nie ruszali. Młody opiekun podszedł do stojącego przy wejściu wysokiego mężczyzny, odebrał od niego duże, tekturowe pudło, podpisał jakiś papierek i dopiero, kiedy nieznajomy oddalił się w sobie tylko znanym kierunku, chłopak dał znak, by siatkarze wysiedli.
– Po co ta cała szopka? – zapytał zirytowany Kubiak.
– Ciekawe co jest w tym pudle – jednocześnie wyraził swoje zainteresowanie Bieniek.
– Paralizatory – odpowiedział Wojtek, zupełnie znienacka pojawiając się między zawodnikami. – W zarządzie nie pozwolili mi dać wam normalnej broni. Zresztą za nim byśmy was przeszkolili, już dawno skończyłby się świat. Dlatego dostaniecie to – podrzucił w ręku małe urządzenie. – Tylko bardzo proszę, nie testujcie ich na sobie, dobrze? Już i tak mam wystarczająco przerąbane u Aśki.
Siatkarze zgodnie pokiwali głowami, zresztą nie bardzo mieli wybór.
– Myślisz, że to coś da? – zapytał Kurka, Kochanowski, biorąc do ręki jeden z paralizatorów.
Atakujący tylko westchnął głęboko.
– Przekonamy się w Krakowie.

***

Aśka przysłała Kanadyjczykom dokładnie troje ludzi, a dokładniej Daniela, Jacka i Cecil, tych samych, którzy brali udział w misji ratunkowej. Ufała im, byli świetnie przeszkoleni, a nigdy nie mogła być pewna, co czeka w magicznych komnatach.
Oczywiście siatkarze nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Jako swoich przedstawicieli wysłali trio Blann, Sanders, Evans, wybrane po części w demokratycznym głosowaniu, a po części przez dyktatorski nakaz Dana Lewisa, który uznał, że szalony, niebezpieczny Blair potrzebuje dwóch racjonalnie myślących osobników, a trener nie mógł sobie pozwolić na puszczenie z treningu więcej niż trzech zawodników.
Korzystając trochę z map, a trochę z czystej przypadkowości wyborów i głupich skojarzeń („Hej, chyba skręciliśmy przy tej wielkiej małpie!”), zawodnicy doprowadzili agentów do celu. Tak jak poprzednio na wzgórzu nie było żywej duszy, panowała zupełna cisza. Nawet widniejąca w ziemi, nie zabezpieczona niczym dziura, nie przyciągnęła uwagi miejscowych. Jedynie samotna sroka siedziała obok niej i głośno prezentowała swoją dezaprobatę dla zaistniałej sytuacji.
– Czyli to tutaj? – zapytał Jack, przyklękając na krawędzi otworu i świecąc do środka latarką.
– Takie dziury raczej nie stanowią powszechny element krajobrazu w Rzymie – mruknęła Cecil. – Mówiliście, że macie drabinę – zwróciła się do Blaira.
– Bo mamy – Libero uśmiechnął się szeroko. – A przynajmniej mieliśmy – zreflektował się szybko. Niepewnie podszedł bliżej. – Była tutaj. Stała oparta o ścianę, gdy odchodziliśmy.
– Nie wyjęliście jej i nie schowaliście? – Kobieta z dezaprobatą spojrzała na Kanadyjczyków.
– Nie czuliśmy takiej potrzeby.
– Idioci – prychnęła, a potem wyjęła z plecaka grubą, mocną linę i kilka metalowych przedmiotów, które chyba służyły do wspinaczki, ale Blann nie mógł być tego pewny.
– Wy zostaniecie tutaj, a my zejdziemy na dół – zarządził Daniel, pomagając Cecil rozłożyć sprzęt. – Jeśli tylko coś zacznie się dziać, od razu wiejcie.
– Nie możemy iść z wami? – zapytał nieśmiało Sharone.
– Nie. – Odpowiedzieli zgodnie agenci.
Siatkarze wymienili zdezorientowanie spojrzenia. Nie tego się spodziewali. Podświadomie mieli nadzieję, że odegrają trochę ważniejszą rolę w całym przedsięwzięciu, a tym czasem znów zostali odsunięci na dalszy plan.  
Pozwolili jednak, by agenci sami zeszli do tunelu, w końcu to oni przeszli trudne, wymagające szkolenie, to on mieli sobie radzić w każdej sytuacji, nie trzech chłopaków, którzy przez przypadek znaleźli się w pobliżu magicznego portalu. 
Daniel, Jack i Cecil zeszli w dół, a Kanadyjczycy zostali sami. Czekali, nie zamierzali tak po prostu odejść, chcieli wiedzieć, jak dalej potoczy się misja. Sharone i TJ usiedli na pobliskim murku, a Blair, którego jak zwykle rozpierała energia, zaczął chodzić w kółko, mrucząc coś do siebie.
– Myślicie, że szybko wyjdą? – zapytał nagle, przerywając jakże fascynujący spacerek.
– Pewnie wykonują jakieś pomiary czy inne takie – wzruszył ramionami Evans. On też zauważył, że agentów coś długo nie było. – Pewnie za chwilę się pojawią.
– Nie, nie pojawią.
Odwrócili się gwałtownie, słysząc czyjś głos. W dole ulicy stał wysoki mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce i czarnych spodniach. Miał głęboki, czysty głos, ale nie byli wstanie dostrzec jego twarzy bowiem zasłaniała ją prosta, szara maska bez wyrazu.
– Kim jesteś? – zapytała drżącym głosem Sanders, podrywając się na równe nogi.
– To nie powinno was interesować – odparł nieznajomy.
– A po co tu przyszedłeś? – Sharone przezornie zaczął się cofać.

– Oh, to bardzo proste – zarechotał mężczyznę. – Po prostu chcę was zabić. 


Trochę się skomplikowało, nieprawdaż? Lubię kończyć w takich dramatycznych momentach, to jeden z moich ulubionych zabiegów literackich. Ogólnie uważam, że ten rozdział wyszedł mi całkiem nieźle, a wy co uważacie? Z zniecierpliwieniem czekam na komentarze. 
Pozdrawiam
Violin

wtorek, 26 grudnia 2017

Rozdział 11

Król Cieni powoli szedł wąskim korytarzem. Nie musiał się spieszyć. Owszem stracili dwóch cennych więźniów, owszem IOS znalazło ich siedzibę, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Zdobył to czego pragnął, najważniejsze informacje były w jego rękach. Gdyby miał trochę serca zapewne wcześniej wypuściłby trenerów, ale wolał ich jeszcze trochę pomęczyć. Patrzenie na cierpienie słabego, złamanego Staphana Antigi było dla niego samą przyjemnością.
Z dumnym uśmiechem na ustach wszedł do centrum dowodzenia. Siedzący przed komputerami pracownicy, poderwali się gwałtownie, stając na baczność.
– Jakieś wiadomości od ES7? – zapytał najbliższego pracownika, młodego mężczyznę o azjatyckich rysach twarzy.
– Mamy dwie kolejne lokalizacje wstępne – odpowiedział chłopak.
– Wysłaliście tam ludzi?
– Ekipy początkowe. Monitorują sytuacje.
– Bądźcie w gotowości. W razie czego nasz człowiek nie pomoże. Jego tożsamość do samego końca musi pozostać nieujawniona.
– Nikt się nie domyśla kim jest.
– I tak musi pozostać.

***

To nie było tak, że Blair się zgubił. Wcale nie pomylił drogi i nie przeczytał źle turystycznej mapy. Po prostu… postanowił  zabrać sowich kolegów na wycieczkę bardziej widokowym trasami.
A przynajmniej tak im to tłumaczył, gdy po półtorej godziny wspinania się na w górę, stanęli na szczycie wzgórza, na którym znajdowało się tylko kilka kamiennych domków i żadnego kościoła.
– Urwę ci łeb, Blann – wycharczał wściekle TJ, rozglądając się wokół. – Gdzieś ty nas do cholery, wyprowadziłeś?!
– Na wycieczkę zabrałem, przecież musimy sprawdzić całe miasto – zaczął nieudolnie tłumaczyć się libero. – Zresztą, czy tu nie są piękne widoki? Nie narzekaj, tylko podziwiaj! – Potoczył ręką po malowniczej panoramie, starego choć zadymionego Rzymu. Trafili na jedną z nielicznych, opuszczonych uliczek miasteczka. Gdzieś w oddali migały jakieś światełka, ale wokół niech nie było żywej duszy, jedynie bezdomny kundel przemykał pod zabitymi deskami oknami niskich domków. , słychać było tylko szum drzew oliwnych i głuchy stukot opon roweru na kocich łbach.
– Ja ci dam widoki… – Sanders zacisnął pięści. Przed rzuceniem się na kolegę powstrzymał go tylko dzwonek telefonu. Rozgrywający wyjął szybko komórkę, spojrzał na ekran i przeklął pod nosem.
– To Dan – mruknął do pozostałych siatkarzy. – Cześć, co jest? – odebrał połączenie, siląc się na jak najbardziej beztroski ton.  
– Gdzie wy do cholery jesteście?! – Drugi trener nawet nie próbował być spokojny. – Stephane będzie żył, więc wracamy do treningów w siedzibie IOS. Już z nim rozmawiałem, nie ma taryfy ulgowej, macie się stawić w centrum za dwadzieścia minut, albo robicie trzydzieści kółeczek wokół boiska do rugby, zrozumiano?!
– Ale… – TJ próbował protestować, ale na niewiele się to zdało, bo Dan już się rozłączył. – Chłopaki, chyba koniec na dzisiaj wycieczek – westchnął, chowając komórkę do kieszeni. – Musimy wracać do IOS, w końcu mistrzostwa NORCEA same się nie wygrają – zaśmiał się sztucznie, ale doskonale wiedział, że koledzy nie podzielą jego poczucia humoru.
– Jak bardzo mamy przerąbane? –  zapytał lekko zlękniony De Rocco.
– Trochę bardzo. – Sanders nerwowo przeczesał dłonią włosy. – Grozi nam trzydzieści karnych kółeczek.
Pozostali jęknęli rozpaczliwie. Zdecydowanie nie to chcieli usłyszeć. Rozgrywający jedynie rozłożył bezradnie ramiona, a potem szybkim krokiem ruszył dół zbocza, mając nadzieję, że im szybciej znajdą się w centrum, tym łatwiej będzie im ubłagać trenera o litość nad ich biednymi żywotami. 
Przeszedł jednak tylko kilka kroków, gdy zupełnie nagle coś kliknęło, a pod jego stopami osunęła się ziemia. Rozgrywający zdążył jeszcze pomyśleć, że ostatni raz idzie gdziekolwiek z Blairem. Potem zapadła ciemność.

***

Błoga cisza panująca w szpitalnej sali, była dla Stephanie prawdziwym ukojeniem. Po kilku strasznych dniach, w czasie których prawie nie spała, a jej świat zawisł nad krawędzią, teraz w końcu mogła odpocząć.
– O czym myślisz? – zapytał cicho Stephane, na chwilę otwierając oczy. Od kilkunastu minut siedzieli wtuleni w siebie, zupełnie nic nie mówiąc. Dzieci wysłali, by coś zjadły, a sami po prosu chcieli się nacieszyć swoją obecnością.
– O niczym – wzruszyła ramionami. – Po prostu… dobrze, że jednak nic ci nie jest, strasznie się bałam – szepnęła, uśmiechając się słabo. – Przez chwilę… przez chwilę byłam pewna, że już nigdy nie zobaczę cię żywego. A ostatnio nawet się porządnie pożegnaliśmy.
Mężczyzna przełknął głośno ślinę na wspomnienie ostatniego dnia przed jego powrotem do Kanady.
– O co się wtedy pokłóciliśmy?
– Nawet nie pamiętam, pewnie o jakąś głupotę.
– Nie myślałem, że to będzie aż takie trudne – westchnął. – Ile czasu spędziłem z wami od maja? Dwa tygodnie, trzy? A mamy połowę sierpnia i jak tylko wyzdrowieję, to znów będę musiał wyjechać. Kiepsko to wygląda, o nie? – spojrzał niepewnie na żonę.
– Owszem, ale wiedziałam na co się piszę – odpowiedziała szczerze. – Zgodziłam się, żebyś pracował dla Kanady, wiedząc, że nie będzie cię przez kilka  miesięcy i przejdziemy przez trudne okresy. Ale nigdy nie przypuszczałabym, że ktoś będzie chciał cię zabić – wzdrygnęła się mimowolnie.
– Ani, że zdradzę pilnie strzeżoną tajemnicę – mruknął pod nosem trener. – Taką, która może prowadzić do przejęcia władz nad światem przez jakiegoś wariata.
– Przecież mówiła ci, że to nie twoja wina! – Stephanie podniosła się gwałtownie, chwyciła męża za ramiona i zmusiła, by spojrzał jej prosto w oczy. – Posłuchaj mnie uważnie, bo powtórzę to tylko jeden raz. Nie miałeś innego wyjścia. Ci psychopaci grozili, że zabiją mnie i dzieci, prawda? Że zabiją najbliższe ci osoby? Każdy postąpiłby tak, jak ty. Gdyby zagrozili, że coś ci zrobią, że będziesz cierpieć, wyśpiewałabym wszystko, jak leci. Postąpiłeś słusznie. Nie jesteś Supermanem czy Batmanem, tylko moim mężem. Niech ratowaniem świata zajmie się Aśka z swoim IOS, a nas zostawi w spokoju, okej?
– Jesteś niesamowita, wiesz? – zaśmiał się Stephane. – Tak po prostu przeszłaś z ty wszystkim do porządku dziennego. Z magią, psychopatami, zagrożeniem. A ja nie potrafię nie mieć wyrzutów sumienia i…
– I obwiniać się za to, co się stało – dokończyła za niego kobieta. Doskonale znała swojego męża  i wiedziała, że choć będzie udawał, że wszystko jest w porządku, to w duchu zacznie sam sobie wymierzać karę. Zawsze tak robił, ale przez lata nauczył się to świetnie maskować. Teraz jedynie ukochana żona była wstanie dostrzec prawdę.
– Chciałbym żebyś z dzieciakami została tutaj, w IOS– zapytał jeszcze, znów obejmując ją ramieniem i przyciągając ją do siebie. – Przynajmniej do rozpoczęcia roku szkolnego. Miejmy nadzieję, że do tego czasu to wszystko się skończy. Tu jestem pewny, że jesteście bezpieczni. Za dużo wariatów na jeden metr kwadratowy, żeby ktoś próbował się włamać – prychnął śmiechem.
– Jeśli dzięki temu masz być spokojniejszy, to zostaniemy – Stephanie pocałowała czule męża. – Zresztą twoi chłopcy też na razie nigdzie się nie wybierają. Ale miejmy… miejmy nadzieję, że wszystko szybko się skończy i wrócimy do normalności.
– Tak, miejmy taką nadzieję.

***

Gdy tuż przed nim TJ Sanders został zupełnie niespodziewanie wciągnięty przez jakąś tajemniczą dziurę w ziemi, Sharone nie był wstanie powiedzieć wydać z żadnego logicznego, składnego dźwięku, jedynie zapiszczał jak mała dziewczynka i odskoczył przerażony.
– Tyler! – Blair desperacko dopadł do dziury w ziemi, a w ślady za nm poszli pozostali siatkarze, choć ledwo się wokół mieścili.  – Tyler, słyszysz mnie?!
Po kilku długich sekundach ze środka odpowiedział im zirytowany głos.
– Tak, słyszę i to doskonale. Możecie mnie stąd wyciągnąć?!
– Nie widzimy cię!
– To poświećcie, do cholery! Komórkę ma chyba każdy z was.
Blann zamrugał szybko, ale po chwili załapał, o co chodzi rozgrywającemu. Niezgrabnie wyjął swój telefon i włączył latarkę, choć za nim znalazł odpowiedni przycisk, stojący obok Arthur zdążyłby odtańczyć kankana.
Jasne strumień oświetlił TJ-a, który stał w wąskim szybie dobre dwa metry pod nimi.
– Macie szczęście, że nic sobie nie złamałem. Mielibyście wtedy totalnie przerąbanie u wszystkich – warknął. – Idźcie znaleźć jaką drabinę, czy coś…. Zaraz, nie, zaczekajcie! Chyba coś znalazłem! – zupełnie nagle siatkarz zmienił ton wypowiedzi. Z poirytowanego faceta, który chce jak najszybciej znaleźć się w domu, zupełnie niespodziewanie zamienił się w podnieconego nową zabawką małego chłopca. – Tu jest jakiś tunel. Zdobiony złotem! Wygląda, jakby…
– Jakby prowadził do czegoś ważnego i ukrytego – dokończył za niego Sharone. – To chyba jest to, czego szukamy! – krzyknął wesoło. – Zaczekaj, zaraz do ciebie zejdziemy.
– Ale wszyscy się tu nie zmieścimy…
Evans już go jednak nie słuchał. Pognał na podwórko za jednym z domków, w duchu modląc się, by znaleźć tam chociaż grubą linę. Ku jego wielkiej radości, wśród różnych gratów, znalazł nie tylko linę, ale też i starą, trochę zardzewiałą drabinę. Nie zastanawiając się długo, wziął ją i triumfalnie wrócił do kolegów.
– Jednak na coś się czasami przydaję – powiedział, z dumą spuszczając drabinę w głąb szybu.
– Ale to ja idę pierwszy – wtrącił się Blair, gdy tylko drabina uderzyła w podłoże. – Trzymasz tam na dole, Taylor?!
– Trzymam, ale jak mi spadniesz na łeb, to ci go ukręcę! – odkrzyknął rozgrywający.
– Nie spadnę.
Libero zaczął powoli schodzić do szybu, a chwilę później w jego ślady poszli pozostali. Na powierzchni został tylko Arthur, który wymówił się klaustrofobią i postanowił kontrolować sytuację z góry, tak na wszelki wypadek, gdyby komuś coś się stało.
Tak, jak mówił  Sanders na dole było ciasno, ale od szybu odchodził długi, wąski korytarz. Siatkarze weszli do niego powoli, oświetlając sobie drogę komórkami i pochylając się nisko, by nie przywalić głową w sufit. Przez kilkanaście długich minut tak naprawdę sunęli bokiem, przyciśnięci do zimnej ściany, na której ktoś wymalował złotem różnorakie rośliny i hieroglify. Niektóre fragmenty wyblakły, ale nadal wyglądały olśniewająco.
W końcu jednak korytarz się skończył, a cała czwórka znalazła się w niedużej, kamiennej komnacie. Pomieszczenie mogło mieć jakieś pięć na pięć metrów i w przeciwieństwie do przejścia, w ogóle nie była zdobiona. Zimne, łyse ściany otaczały nieduże podwyższenie, na którym ustawiono metrową, marmurową iglicę.
Sharone podszedł bliżej na drżących nogach i delikatnie musnął palcem ostro zakończone brzegi przedmioty.
– Co to jest?
– A skąd mamy to wiedzieć? – wzruszył ramionami Jason. – Jeśli mam być szczery, to wygląda mi to na portal.
– Jeśli tak jest, to gdzie niby wsadza się ten cały klucz? –  zapytał z powątpieniem Sanders.
– O tutaj. – Evans wymacał na jednej z ścianek mały otwór. – Wsadza, przekręca i voilà! Nagle zaczynasz władać magią.
– Zaraz, sekundę – Blair uniósł dłoń, mając nadzieję, że w ten sposób wzbudzi choć nikły respekt. – To znaczy, że przez zupełny, ale to totalny przypadek, znaleźliśmy to, czego szukaliśmy?
– Dokładnie – pokiwał głową Taylor. – I mogę przyznać, choć powiem szczerze, że niechętnie, miałeś w trochę udziału – przyznał szczerze.
– Dziękuję – Libero ukłonił się nisko, niczym magik po udanym pokazie. – W takim razie skro znaleźliśmy ten przeklęty portal, to na co jeszcze czekamy! – zatarł niecierpliwie dłonie. – Wracajmy do IOS i przekażmy wszystkim, tę wspaniałą informację.

***

Michał Kubiak zmrużył oczy, wychodząc przez główne drzwi na oświetlony parking przed ośrodkiem w Spale. Późno sierpniowe słońce zapewne cieszyło wszystkich innych ludzi, ale dla niego i pozostałych siatkarzy, oznaczało to, że na hali treningowej będzie cokolwiek gorąco. Może nie były to jakieś przeraźliwie wysokie temperatury, ale po ciężkich treningach Fefe, nieźle dawały w kość.
– Jakieś wiadomości z Rzymu? – zapytał, stojącego obok Wojtka.
– Na razie nie – wzruszył ramionami chłopak. – Chyba panuje względny spokój. Czerwony alarm z wykrzyknikiem i czaszką, zamienił się w tylko czerwony alarm. To dobry znak.
Kubiak zagryzł nerwowo wargę i kopnął pobliski kamyk.
– A kiedy przyjedzie ta nasza „broń”?
– Jeśli się uda to dzisiaj wieczorem. Ale nie wiem, kiedy zaczniemy, bo na razie głównie trenujecie – Opiekun schował ręce do kieszeni.  
– Musimy przygotować się do mistrzostw. Są dla nas ważne.
– Ale ja to doskonale wiem i nie protestuję, tylko, że… 
Jego wypowiedź przerwał dzwonek telefonu. Wojtek wyjął komórkę, a gdy zobaczył, kto dzwoni  przełknął głośno ślinę.
– To Asia – poinformował cicho Michała, odbierając połączenie. – Tak, proszę. Oczywiście. Naprawdę? Ależ to wspaniale! Oczywiście, że im przekaże i to jak najszybciej. Tak, do widzenia. – Rozłączył się szybko, nie za długo rozmawiać z szefową.
– Co się stało?
– Nie uwierzysz – Na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech.  – Kanadyjczycy spisali się na medal. Znaleźli kolejny portal.


Pod długiej przerwie, w końcu przedstawiam wam kolejny rozdział. akcja trochę  idzie do przodu, mamy dużą dawkę Kanadyjczyków, trochę Stephana i na deser Polaków. Co ciekawe, jest to pierwszy rozdział, w którym ani razu nie pojawia się Asia ( oczywiście z wyjątkiem prologu). Jak wam się podobał? Czeka na wszystkie, krótkie i długie komentarze. 
Zapraszam też na mojego nowego bloga Na dłużej niż na zawsze. W roli głównej Sharone Vernon Evans. 
Pozdrawiam
Violin


wtorek, 14 listopada 2017

Rozdział 10

Evans nigdy nie był w Rzymie, ale czuł się całkiem nieźle, idąc wąskimi ulicami stolicy Włoch. Przed nim wesoło biegły dzieci Stephana, które na wieść, że zobaczą tatę, dostały świeżej dawki energii, a obok szło kilku kolegów z drużyny. Do miasta dostali się komunikacją podmiejską, a że Blair nadal nie powiedział im, na czym będzie polegać to specjalne zadanie, na razie zdecydowali po prostu odstawić rodzeństwo pod opiekę rodziców.
– Jak myślisz, w jakim stanie jest Stephane? – zapytał Sharon, idącego z tyłu TJ-a Sandersa.
– Skoro się obudził, to musi być nieźle, będzie żył – odpowiedział rozgrywający, nie odrywając wzroku od swoich butów.
– Nie chodzi mi o stan fizyczny – pokręcił głową atakujący. – Mam na myśli… no wiesz… tak naprawdę, to nie wiemy, co oni mu zrobili… i jak to na niego wpłynęło.
– Boisz się, że to zniszczyło psychikę Stephana? Albo coś w tym stylu? – Sanders uniósł pytająco brew, a drugi siatkarz przytaknął nieśmiało. – Nie możemy tego wykluczyć, ale pamiętaj, że Antiga to silny chłop. Skoro przetrwał polskie piekiełko, to przetrwa wszystko! – zaśmiał się z własnego żartu, ale zaraz spoważniał, widząc zaniepokojoną twarz kolegi. – Posłuchaj, Sharon – zwrócił się do niego uspokajającym tonem. – Wiem, że się martwisz, wszyscy się martwimy. Przez te kilka miesięcy Stephane na stałe wpisał się w naszą siatkarską rodzinę. Wiem też, że łączy was specyficzna więź, której nawet sam nie do końca potrafię zdefiniować. Ale wierz mi – takie zamartwianie się do niczego nie prowadzi. Lepiej patrzeć optymistycznie w przyszłość. – Poklepał chłopaka po ramieniu, a ten niepewnie pokiwał głową. Chciał chyba nawet coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie doszli do szpitala, nowoczesnego, przeszklonego budynku, jakby na siłę wepchniętego między stare kamienice. Weszli do środka, a w recepcji już czekała na nich Aśka.
– Widzę, że łaskawie posłuchaliście mojej prośby i nie przybyliście tu całą bandą – zakpiła, patrząc na pięciu siatkarzy. – Jednak dobrze was widzieć. I dzieciaki też! – dodała, już z uśmiechem przytulając Manoline, a z Timim wymieniając skomplikowany układ żółwików i piątek, od którego Evansovi aż zaczęło się kręcić w głowie.
– I co z Stephanem? – zapytał Artur Szwarc, wyrywając się przed kolegów.
– Nie jest źle – uspokoiła go szybko kobieta. – Jest przytomny, oddycha samodzielnie. Ma co prawda bardzo nieładnie złamaną rękę i trochę obrażeń wewnętrznych, ale lekarze twierdzą, że jeśli jego organizm będzie się regenerował, to w przeciągu dwóch tygodni do was wróci.
– Ale możemy zobaczyć się z tatą? – zapytała Manoline, z nadzieją patrząc na „ciocię”.
– Wy tak, ale niestety chłopcy będą musieli obejść się ze smakiem. Na razie tylko rodzina. – Uśmiechnęła się przepraszająco do zawodników. Ci odpowiedzieli nieśmiałymi skinięciami głów, a potem pożegnali się grzecznie i opuścili szpital.
– To co teraz, Blair? – zapytał De Rocco, gdy już spokojnie szli jedną z uliczek Starego Miasta.
– Teraz dochodzimy do momentu, który może być przełomowy dla naszego życia. A przynajmniej niezwykły – zaczął podniośle Bann. – Zacznijmy jednak od początku. Dziś rano zadzwonił do mnie Kubiak…
– Ten Kubiak? – Jason uniósł pytająco brew.
– A znasz innego? – prychnął libero.
– No nie.
– Więc, co się pytasz?
– Ja tylko chciałem…
– To nie chciej.
– Blair, do cholery, mów w końcu, o co chodzi – Ich gwałtowną wymianę zdań przerwał zniecierpliwiony Sanders.
– Dobrze, już mówię – uspokoił go szybko libero, a potem powoli, akcentując dokładnie każde słowo, opowiedział kolegom, czego  dowiedział się od polskiego kapitana. Mówił o portalach kluczach i bardzo ważnej misji – jak najszybszym znalezieniu magicznych portali.
– Sęk w tym, że te miejsca są strasznie porozrzucane po świecie, ale my mniej więcej znamy ich położenie. Polacy szukają tego w Krakowie, a my mamy znaleźć ten Rzymski. Bo dlaczego niby nie! – klasnął wesoło i uśmiechnął się szeroko.
Pozostali wymienili znaczące spojrzenia. Jakoś nie bardzo podzielali entuzjazm kolegi, choć nie wątpliwie był on godny podziwu.
– Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że Rzym jest naprawdę, ale to naprawdę ogromnym miastem? – zapytał niepewnie Artur.
– Oczywiście, oczywiście – przytaknął Blair. – Ale spokojnie, zaufajcie mi, a ja… – uśmiechnął się chytrze, zacierając ręce niczym najwytrwalszy złoczyńca. – A ja doprowadzę nas wszystkich do wielkiego triumfu!

***

Prowizoryczne centrum dowodzenia utworzyli w sali konferencyjnej spalskiego ośrodka. Zebrali wszystkie mapy Krakowa jakie udało im się zdobyć, pięć laptopów i tyle telefonów, że kiedy cały ten sprzęt podłączyli do prądu, doszło do zwarcia i pozbawili prądu najbliższą okolice, plus wywołali nieuzasadniony atak paniki względnej Bartosza Kurka vel „Kurasia”.  Na szczęście elektryką wszelaką zajęli się odpowiedni spece, a na chowającego się pod stołem siatkarza wystarczył kubeł zimnej wody od pani Wiesi z recepcji.
Żeby nie było – pomysłodawca takiego rozwiązania, Dziku we własnej osobie, szerzej znany jako Michał Kubiak, ma dożywotni zakaz zbliżania się do kolegi na odległość bliższą niż długość kija od miotły.
Tak orzekł sąd rejonowy w Pcimiu Środkowym
Bo te w Dolnym i w Górnym były zajęte.
– Podsumujmy wszystko, co mamy – zaczął wspomniany wcześniej przyjmujący, kiedy ogólny chaos został ogarnięty, jego koledzy w końcu łaskawie usiąść, a on mógł pochodzić w kółko jak prawdziwy, profesjonalny myśliciel. – Wiemy, że portal jest w Krakowie. Czy mamy jakieś podejrzenia, gdzie dokładnie? – zapytał prosto z mostu. Wiedział doskonale, że muszą się spieszyć – mogło się walić i palić, wulkany mogłyby wybuchnąć, a dinozaury ożyć, ale De Georgi i tak nie odpuściłby im treningu, w końcu Mistrzostwa Europy same się nie wygrają, czyż nie?
                – Może na Starym Mieście? – zaproponował Bieniek. – W końcu musi być naprawdę wiekowy, no nie wiem… może nawet starożytny? Co myślicie?
                – Mów dalej, mów dalej – Kubiak z aprobatą pokiwał głową, jednocześnie w zamyśleniu drapiąc się po brodzie.
                – Załóżmy, że te portale musiały być dobrze chronione. Logiczne więc, że budowano wokół nich coś, co mogło je chronić. A potem wokół tego czegoś wybudowano całe miasto? Według mnie powinniśmy więc zdobyć jak najstarszy plan miasta…
                – Znaczy, przeszukać wujka Google – prychnął pod nosem sceptycznie nastawiony do całego świata Drzyzga.
                – I potem przejść się uliczkami i poszukać czegoś podejrzanego – kontynuował niewzruszony Mateusz.
                – Możemy sprawdzić kościoły – zaproponował Kuba Kochanowski. – Są zapewne jednymi z najstarszych budynków mieście. A wiecie, taki mały kościółek na uboczy jest najlepszym miejscem do ukrycia broni światowego rażenia. – uśmiechnął się krzywo.
                – Jestem z was dumny, panowie, niewątpliwie zawęziliśmy nasz krąg poszukiwań – powiedział Michał, siadając w fotelu ojca dyrektora, to znaczy starym drewnianym krzesełku, pokrytym zieloną tapicerką, którą ktoś dawno temu ubabrał coca-colą. – Ale to jeszcze nie koniec. FTwierdziłeś, że zauważyłeś na tej kartce coś jeszcze. Co to takiego?
– Runy – odpowiedział pewnie Drzyzga. – Tekst został umieszczony na tle bardzo bladych znaków. Tylko ja je zauważyłem – wypiął dumnie pierś.
– Co mogą oznaczać?
– Nie wiem. Ale na pewno są bardzo, bardzo ważne.
– A ja chciałbym zwrócić uwagę na coś innego – wtrącił się Lemański. – Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że walczymy z wielką, złą organizacją, kierowaną przez psychopatę! Mogą nas zabić bez większego problemu, a my nawet nie mamy nawet jak się bronić!
Siatkarze wymienili zdenerwowane spojrzenia. W tym momencie dotarło do nich, że środkowy ma cholerną racje.
– To już zostawcie mnie!
Wszyscy nieznacznie podskoczyli na krzesłach, gdy jakby znikąd w pomieszczeniu pojawił się Wojtek.
– Nie mógłbyś nauczyć się pukać? – zapytał poirytowany Drzyzga, odruchowo poprawiając starannie układaną rano fryzurę.
– Ale wtedy nie byłoby całej zabawy! – zaśmiał się opiekun reprezentacji. – Spokojnie, ja tylko na chwilę wpadłem. Mam dla was dwie wiadomości, dobrą i złą, od której chcecie zacząć? – spojrzał na siatkarzy, uśmiechając się chytrze.
– Oczywiście, że dobrą! – wykrzyknęli chórem zawodnicy, którzy przynajmniej w tej kwestii byli zgodni.
– Załatwię wam odpowiednią broń i przeszkolenie. Zarządzenie IOS. Nie musicie dziękować.
– A ta zła wiadomość?
– No wiecie… – Wojtek z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Musicie już wracać na trening. Bo jeśli chcecie znaleźć portal, to najpierw musicie sobie ten Kraków wywalczyć.

***

Jenny bezmyślnie obracała w dłoni swój kluczyk, jednocześnie pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. W bibliotece panowała zupełna cisza. Emocje związane z wydarzeniami ostatnich dni już opadły, trenerzy wrócili do domów, a „Mściciele na razie nie dawali znaku życia, tak jak zapowiadał Ivan. Choć nadal utrzymywano podwyższony stopień ochrony, to życie w IOS wróciło na właściwy tor.
Ale Jenny cały czas musiała być skupiona.
– To nie było trudne zadanie.
Nagle tuż przed nią, ze środka blatu wyłonił się duch Wagnera.
– Nie mówiłam, że będzie trudne A już na pewno, że nie dla ciebie – uśmiechnęła się kpiąco. – Czego się dowiedziałeś?
– Szósty portal znajduje się w środku dżungli. Jest trudno dostępny, prawie więc niemożliwe, by normalny człowiek się tam dostał. Pod tym względem ulokowano go zdecydowanie lepiej niż pozostałe.
– Dżungla stanowi naturalną barierę – mruknęła pod nosem Chinka.
– Dokładnie.
– Czyli możemy uznać, że tożsamość szóstego strażnika nadal może pozostać nieznana?
– Tak będzie najlepiej.
Zapadła cisza. Ale nie ta niezręczna, cisza między dwojgiem inteligentnych ludzi, rzadko jest niezręczna.
– Dobrze się spisałeś, Wagner – powiedziała nagle Lang – Ping. – Gratuluję.
– Bardzo dziękuję. – Duch podleciał wyżej i ukłonił się szarmancko, uchylając kapelusz. – Usłyszeć te słowa od tak wspaniałej kobiety, to prawdziwy zaszczyt.
– Nie bajeruj mnie tutaj – prychnęła Jenny. – Chcesz wiedzieć, co z Stephanem?
– Jeśli dane mi będzie, że podzielisz się tą informacją…?
– I tak byś ją zdobył.
– Czy coś ukryje się przed twoim jasnym umysłem?
Kobieta znów przewróciła oczami. Czasami Wagner podnosił jej ciśnienie, a jego niematerialność była wyjątkowo przydatna.
– Ku naszej ogólnej radości, Antiga doszedł do siebie. Będzie żył – odpowiedziała spokojnie. – Wystarczy?
– Wystarczy, dziękuję – kiwnął głową Wagner. – Myślisz, że przyda nam się nam się jeszcze do czegoś?
– Możliwe – wzruszyła ramionami trenerka. – Wolałabym jednak, by o nim zapomniano. Mściciele nie powinni się już nim interesować, w końcu wszystko im powiedział. A przynajmniej mam taką nadzieję.
– A co z siatkarzami?
– Nad portalami pracują dwie reprezentacje, Kanadyjska i Polska. Wierzę, że sobie poradzą.
– Nikt nie podejrzewa, że mogą mieć z tym coś wspólnego. O to ci właśnie chodziło, prawda?
– Owszem.
– Jesteś genialna, Jenny. Po prostu genialna.


***

Przez przeźroczystą szybę w sali, do której przeniesiono Stephana, Aśka uważnie obserwowała przyjaciela. Wiedziała, że jej nie widzi. Tak naprawdę, to nie była to zwykła szyba, a lustro weneckie, o które poprosiła w tajemnicy. Chciała postawić przed salą strażników, a była pewna, że trener nigdy się na to nie zgodzi. Musiała więc działać za jego plecami, by po prostu zapewnić mu bezpieczeństwo.
– Czyż nie wyglądają uroczo?
Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy zupełnie nagle usłyszała za sobą chłodny głos Ivana.
– Niewątpliwie – przytaknęła, nie odrywając wzroku od scenki po drugiej stronie. Dzieciaki właśnie skończyły opowiadać tacie, co robiły przez ostatnie dni i teraz cała rodzina grała w wytrzaśnięte nie wiadomo skąd Monopoly. Byli tacy beztroscy. W nogach łóżka siedziała uśmiechnięta od ucha Manoline, a metalowy taboret w niczym nie przeszkadzał Timiemu śmiać się głośno, gdy przesuwał swój pionek. Stephane, który jakby nagle ozdrowiał, czule obejmował ramieniem swoją żonę, a co kilka sekund pochylając się, by pocałować ją szybko, z ulgą wymalowaną na twarzy. Sama Stephanie też odzyskała utraconą energię i spokój, teraz w końcu znów zaczęła przypominać tę pewną siebie, ogarniętą i po prostu szczęśliwą dziewczyną, którą Asia poznała wiele lat temu.
– Nie zazdrościsz im tego? – zapytał niespodziewanie Rosjanin.
– Czego?
– Tej miłości. Ciepła. Rodziny. Że mają do kogo wracać po pracy.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami Mazowiecka, nawet nie patrząc na mężczyznę. – A ty?
– Przez te wszystkie lata nauczyłem się nie zazdrościć – odpowiedział chłodno Ivan. – To do niczego nie prowadzi, a tylko utrudnia logiczne myślenie.
– Masz racje – przytaknęła.
– Myślisz o niej – To nie było pytanie. Nie musiał pytać, doskonale ją znał.
– I znów masz rację.
– Tęsknisz za nią?
Milczała przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– To tylko utrudnia logiczne myślenie.

***

Król Cieni podniósł głowę i zmierzył wzrokiem swojego człowieka. Młody chłopak, nie wyróżniający się, tak normalny i przeciętny jak tylko mógłby być. Żadnych znamion, dziwnych fryzur, czy kontrowersyjnego zachowania.
Był idealny, wręcz za idealny.
– Wiesz, co masz robić? – zapytał go władca.
– Wiem, cały czas to robię – odpowiedział spokojnie chłopak.
– Oni nie wiedzą?
- Nawet się nie domyślają.



W końcu zebrałam się i napisałam rozdział dziesiąty. Jest on jaki jest, z niektórych fragmentów jestem bardziej zadowolona z innych mniej, ale ogólnie czuję, że jest okej. 
A wy? Jak wam się podobało? Co stanie się dalej? 
Ode mnie to tyle. Zapraszam też na mojego drugiego bloga http://littlehopelittlelove.blogspot.com/
Pozdrawiam
Violin 

środa, 25 października 2017

Rozdział 9

– Dobra, Bieniu, pokaż mi do cholery, co my tam znaleźliśmy? - Kubiak usadowił się wygodnie w miękkim fotelu.
Do Polski wracali na pokładzie jednego z najnowocześniejszych odrzutowców IOS, co było zdecydowanie wygodniejsze od teleportacji, a przynajmniej tak twierdził Dzyzga, który robił się zielony na samą myśl o tak gwałtownej zmianie swojego położenia.
– Ja tam nic z tego nie rozumiem – stwierdził Mateusz, podając koledze telefon. – Jakieś dziwne znaczki, wzorki, ty tu się z Japończykami kumplujesz, nie ja.
– Stary, to nie Japoński, może nie mówię, ale tego jestem pewien – mruknął przyjmujący, uważnie oglądając zdjęcia. – Czekaj… znaczki, znaczki, znaczki… o, a ten język to chyba znam! – krzyknął nagle uradowany, ku zdziwieniu swoich kolegów i sztabu, nie wtajemniczonych w całe przedsięwzięcie. – Oskar, chodź tu! – Machnął niecierpliwie drugiego trenera. – Pomocy potrzebuję i to już, natychmiast!
Kaczmarczyk uniósł pytająco brew, spojrzał z zaskoczeniem najpierw na Piotra Gruszko potem na De Gieorgiego, który uparł się, że wróci z drużyną i dopiero, kiedy w ich oczach zobaczył równie wielkie zdezorientowanie niepewnie podniósł się ze swojego fotela.
– O co chodzi? – zapytał, zaglądając Kubiakowi przez ramię.
– Mógłbyś nam to przetłumaczyć? – Michał wcisnął mężczyźnie do ręki telefon. – Poprosiłbym Fefe, w końcu to włoski, ale jakoś… trochę mi nie zręcznie po tym, co się stało – przybrał minę smutnego szczeniaka
Oskar otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i z cichym westchnięciem zabrał się za czytanie. Z każdą kolejną sekundą, w której jego wzrok sunął po maleńkich literkach, były statystyk wydawał się być coraz bardziej zdezorientowany.
– Nie wiem skąd to wytrzasnęliście, ale jest co najmniej dziwne – powiedział w końcu, oddając Michałowi telefon. – Na tej kartce jest napisane, że źródłem magii IOS jest sześć portali. Do każdego portalu potrzebny jest klucz. Klucze pilnowane są przez strażników. Wszystko zgadza się z tym, co powiedziała Aśka, tylko że…
– Tylko, że co?
– Tylko, że jeden z tych portali jest w Krakowie.
Kubiak zamrugał gwałtownie. Z niedowierzaniem spojrzał najpierw na Kaczmarczyka, potem, na Bieńka, a na końcu na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
– Bieniu! już wiem, co będziemy dzisiaj robić!

***

Hubert Wagner nie był głupim duchem, tak samo jak nie był głupim człowiekiem. Mógł droczyć się i sprzeczać z Lang Ping, ale potrafił docenić dobry pomysł. A jej pomysł zdecydowanie zaliczał się do tych cokolwiek lepszych. Obydwoje doskonale wiedzieli, że jeśli chodzi o personel, to IOS cierpi na wieczne braki kadrowe. Obsługiwanie tylu dyscyplin, tylu sportowców sprawiało, że znalezienie dodatkowych, zaufanych ludzi do brudnej roboty graniczyło z cudem. Jenny postanowiła więc wykorzystać podopiecznych organizacji , a dokładniej polskich siatkarzy. Jak postanowiła tak też zrobiła i niczego nieświadomi zawodnicy wyruszyli do Polski na poszukiwania pierwszego portalu, przekonani, że już go znajdą, zaskoczą wszystkich i staną się bohaterami, niemal bogami.
Złudne marzenia, pic na wodę, fotomontarz, wszystko zostało zaplanowane.
Oczywiście słynna pani trener miała też zadanie dla swojego „ukochanego” duszka. Dlatego też, kiedy Kubiak z Bieniek na pokładzie samolotu powrotnego do Warszawy rozkminiali, dziwne znaczki na zdobytej kartce, on przedzierał się przez gęstą puszczę południowych Indii.
Wokół niego panowała zupełna cisza. Zbliżał się wieczór, przeminęły najgorsze upały, ale jedynie niezniszczalne robaki, bzyczały gdzieś w oddali, a wyrastające nie wiadomo skąd kolorowe kwiaty, łypały na trenera ogromnymi płatkami. Choć przeciętny człowiek, by przedrzeć się przez taką puszczę, to akurat trener po prostu unosił się te kilkanaście centymetrów nad ziemią i przenikał przez kolejne drzewa z miną znudzonego życiem gimnazjalisty. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko kawy w papierowym kubeczku.
Szczególnie, że tutaj mógłby się nią cieszyć, nie wysłuchując nad uchem narzekających pań sprzątających.
Zielony gąszcz rozstąpił się nagle, a Wagner znalazł się na niewielkiej polanie gdzieś w środku dżungli. Na jej skraju leżała kupa porośniętych mchem kamieni, w których tylko obdarzony wyjątkowo barwną wyobraźnią archeolog dostrzec by mógł starożytną świątynie, ukrytym bardzo niebezpiecznym portalem.
Były trener nie musiał sobie tego wyobrażać – on to po prostu wiedział. Podleciał do ruiny i wniknął w głąb ziemi, by po sekundzie wyłonić się w niewielkiej, kamiennej komacie.
Zmarszczył brwi, dokładnie skanując pomieszczenie wzrokiem. Przedzierające się przez otworzy przy suficie światło, słabo oświetlało wyblakłe malowidła na ścianach, kolorowe kafelki, którymi pokryto podłogę, popękały na setki maleńkich części. Na samym środku stał metrowy, granitowy obelisk z wykutym z boku otworem w kształcie klucza.
Wagner uśmiechnął się szeroko. Wykonał swoje zadanie, reszta należała do Jenny.  

***

Ciemność nie rozstąpiła się nagle, tak, jak to bywa na filmach. Tak naprawdę, to w ogóle się nie rozstąpiła. Najpierw Stephena usłyszał dźwięki. Ledwo słyszalne, z trudem przedzierające się przez ciszę. Szum jakiś urządzeń, monotonne pikanie, czyjś szloch. Nic niezwykłego, noc, co by nim wstrząsnęło.
Potem zaczął odzyskiwać czucie. Poczuł palce u stóp, mięśnie nóg, niczym elektryczny impulsy, jego mózg zaczął odbierać informacje ze wszystkich części ciała. Powoli docierało do niego, że to jego ciało, że znów je czuje, że znów jest sobą.
Że chyba żyje.
Dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie kim jest, otworzył oczy. Z trudem, niechętnie, ledwo unosząc powieki. Ostre światło lamp uderzyło w jego źrenice. Zdezorientowany zachłysnął się powietrzem, a raczej gwałtownie zakrztusił wetkniętą w gardło rurką.
To go zaskoczyło. W jednej chwili stracił panowanie nad tym, co się dzieje, miotał się po wąskim łóżku, rozpaczliwie próbując złapać powietrze. Zdezorientowany, zrozpaczony nie rozumiał, co się dzieje. Jego płuca płonęły żywym ogniem, a wokół niego zapanował chaos. Ostre światło, czyjś krzyk, podniesione głosy…
W końcu ktoś wyjął mu to coś z gardła. Zdesperowany zaczerpnął tlenu, a potem opadł na poduszki, oddychając ciężko.
– Stephane…
Odwrócił powoli głowę, słysząc tak doskonale znany głos. Obok łóżka stała Stephanie, jego Stephanie, blada jak duch, z podkrążonymi oczami i niedbale związanymi włosami. Na widok żony w takim stanie, serce trenera zabiło mocniej i momentalnie wypełniło się przerażeniem.
– Co się sta…?
I nagle sobie przypomniał. W jednej sekundzie jego umysł zalały obrazy ostatnich dni. Ciemny, obskurny loch, brzęk metalowych prętów, odgłos rozdzieranej skóry, łamanych kości i ból, ogarniający całe ciało, nieludzki ból.
Załkał bezgłośnie, gdy każda komórka jego ciała przypomniała sobie o wszystkim. Załkał raz, drugi, trzeci, a jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, po policzkach spłynęły łzy. Znów znalazł się w tamtym miejscu, na nowo przeżywał ten sam koszmar.
– Już dobrze, Stephane, już jesteś bezpieczny. – Przerażona Stephanie, chwyciła drżącą dłoń męża i uśmiechnęła się uspokajająco. – Już wszystko dobrze, nikt cię nie skrzywdzi – mówiła niczym do małego dziecka.
Oddech mężczyzny uspokoił się powoli, serce zwolniło. Dotarło do niego gdzie jest i co się stało.  Zamknął oczy, starając się odzyskać równowagę, a ona cały czas czule głaskała wierzch jego dłoni. Wokół krzątali się jacyś lekarze, pielęgniarki, ale trener zupełnie nie zwracał na nich uwagi. W tamtym momencie liczyła się tylko siedząca obok kobieta.
– Stephanie…. – szepnął słabo, nieznacznie uchylając powieki. – To ty? To naprawdę ty?
– T–Tak – odpowiedział niepewnie, trochę zaskoczona takim pytaniem. – To ja…
– I nic ci się nie stało, prawda? Przez ostatnie dni… Nie dorwali cię prawda? – W jego głosie, choć cichym, ledwo słyszalnym, wyczuwalna była desperacja, przerażenie.
Stephanie już otwierała usta, by szybko uspokoić męża, ale w tym momencie drzwi do pomieszczeni otworzyły się powoli, a personel w środku zamarł, jakby ich coś zmroziło. Stephane nieznacznie obrócił głowę, zdziwiony ich reakcją.
I wtedy jego ciało przeszył zimny dreszcz. Nie, nie na widok stojącej w progu Aśki, lecz na widok kartki, którą trzymała w dłoni.
Kartki, którą doskonale znał.
Wciągnął gwałtownie  powietrze, odwrócił wzrok od ukochanej żony, a potem… a potem po prostu rozpłakał się jak małe dziecko.

***

– Kiedy wróci mama?
Znudzony Sharon podniósł wzrok znad swoich tostów i zdezorientowany spojrzał na siedzącą naprzeciwko Manoline.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Pewnie nie długo. – Uśmiechnął się nerwowo, a potem znów wbił spojrzenie w śniadanie, jednocześnie czując, że dziewczynka spogląda na niego zawiedziona.
Przełknął głośno ślinę. Zarazem dla niego, jak i dla pozostałych członków drużyny ostatnie dni były ciężkie. Już po pierwszych minutach treningu, który prowadził Dan, wszyscy stwierdzili, że to bez sensu – byli zbyt roztrzęsieni, by móc skupić się na pracy, żaden nie potrafił pogodzić się z tym, co się stało. Świadomość tego, że mogą już nigdy nie zobaczyć swojego trenera żywego, nie pozwalała im normalnie funkcjonować. Wiedzieli, że nawet teraz, gdy Stephane został odnaleziony, nie mogą spać spokojnie.  
Chcąc zająć czymś myśli, nieudolnie starali się znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu skończyło się na tym, że zgłosili się do opieki nad Timim i Manoline. O dziwo była to całkiem przyjemna robota, a w roli „niańki” najlepiej sprawdzili się właśnie najmłodsi zawodnicy. Artur i Sharon skutecznie zajęli rodzeństwu czas.
Aż do teraz, gdy w czwórkę siedzieli na stołówce IOS i nudzili się jak mopsy.
– Co się tak naprawdę dzieje? – zapytał nagle Timote, odrywając się od swoich płatków. – Ale szczerze! Gdzie tata i dlaczego mama jest taka, taka – zamyślił się, szukając odpowiedniego słowa.
– Załamana? – Podpowiedziała mu dyskretnie siostra.
– Dokładnie – przytaknął szybko chłopiec. – Mama nigdy nie płacze, a wczoraj… wczoraj pQrzepłakała całą noc, choć myślała, że już śpię. Dlaczego?  – Nerwowo uderzył zaciśniętą pięścią w stół
Siatkarze wymienili niepewne spojrzenia. Zdecydowanie nie byli przygotowani do takiej rozmowy.
– Hej, chłopaki!
Z opresji wyrwał ich Blair. Libero biegł w ich kierunku, ledwo utrzymując równowagę na śliskich kafelkach i wymachując zaciekle trzymanym w ręku telefonem.
– Mam mega wieści. I zadanie! Dla nas! – wydyszał, kiedy w końcu zatrzymał się przy ich stoliku.
– Zadanie?  – Evans uniósł pytająco brew.
– I nie zgadniecie od kogo? Od Kubiaka! Dziwne, nie?
– I na czym to zadanie ma polegać?
– Potem wam wyjaśnię – chłopak lekceważąco machnął ręką. – A na razie musimy, jak najszybciej udać się do Rzymu. I wziąć ze sobą dzieciaki?
– Po co?
– No jak to po co?! Stephane się obudził! Będzie żył!

***

– Stephane?! – Zszokowana Aśka stała w drzwiach sali, a Stephane łkał opętańczo, powtarzając coś pod nosem i nawet nie patrząc w jej stronę. – Wyjść wszyscy, ale to już! – rozkazała natychmiast personelowi, ignorując protesty lekarzy. – Ty zostajesz – machnęła głową w kierunku Stephanie, a potem sama podsunęła sobie krzesło. – Już dobrze, teraz powiedz, co się stało? – poprosiła spokojnie, mając nadzieję, że w ten sposób choć trochę okiełzna rozszalałe emocje trenera.
– Wszystko im powiedziałem, wszystko! – łkała dalej Antiga, nadal unikając wzroku kobiety. – Przepraszam, przepraszam! Nie chciałem, ale… tak strasznie przepraszam! – Rozpłakał się już na dobre.
– Kochanie, ale za co ty nasz przeprasza? – zapytała zupełnie zdezorientowana Stephanie. – Najważniejsze, że już jesteś bezpieczny – uśmiechnęła się czule. Mówiła zupełnie szczerze. Dla niej już żadna wojna, którą toczyło IOS nie miała znaczenia. Liczyło się tylko to, że jej ukochany żył, że widmo końca oddaliło się gwałtownie.
– Ja, ja… – mężczyzna przełknął głośno ślinę, a potem odetchnął kilka razy, by uspokoić szalejące nerwy. – Ja znalazłem tę kartę kilka miesięcy temu – wydukał w końcu. – Przeczytałem, a potem schowałem… tak by nikt jej nie znalazł. Ci ludzie… ci, którzy mnie torturowali… oni chcieli wiedzieć, gdzie są portale.
Lodowaty dreszcz przeszedł przez ciało Aśki. W jednej chwili zrozumiała do czego zmierza Francuz.
– Ile im powiedziałeś? – zapytała, czując, że robi jej się nieprzyzwoicie słabo.
– Trzy miejsca. Potem straciłem przytomność.
– Z bólu?
– Chyba tak.
Zapadła niezręczna cisza. Asia powoli przyswajała otrzymaną wiadomość. Ci cholerni mściciele znali lokalizacje trzech portali. Mieli dwa klucze. To dużo magii. Cholernie dużo. Pewnie już do nich dotarli i zabezpieczyli, czyli zrobili wszystko to, za co IOS się nawet nie zabrało.
– Torturowali mnie, to prawda – odezwał się nagle Stephane. – Ale to nie było najgorsze, nie dlatego im powiedziałem. Oni powiedzieli mi… zagrozili, że jeśli nie zdradzę im położenia tych miejsc to… to zabiją was – wyszeptał, drżącym głosem, posyłając żonie zrozpaczone spojrzenie. – Ciebie, dzieci… a wcześniej będziecie cierpieć… Byłem przekonany, że mówią prawdę! Nie mogłem na to pozwolić! – Znów wybuchnął płaczem. Stephanie momentalnie znalazła się przy mężu i opiekuńczo objęła go ramieniem. – Bałem się, po prostu tak strasznie się bałem! – Szlochał w ramię kobiety, a ona uspokajająco gładziła go po plecach.
Zakłopotana Aśka, podniosła się z krzesła i szybko opuściła pomieszczenie, nie chcąc przeszkadzać małżeństwu.
– Co się stało? – zapytała Jenny, gdy tylko Polka pojawiła się na korytarzu.
– Mamy problem – westchnęła Mazowiecka, krzyżując ręce na piersi i opierając się o drzwi. – Stephane powiedział im, gdzie są trzy portale. Od teraz to już nie jest tylko wojna. To cholerny wyścig zbrojeń. 




W końcu przedstawiam wam rozdział dziewiąty! Nie napiszę wam o nim za wiele, bo jest już późno, a ja wyczerpałam zapasy weny na dziś. 
Jak zwykle serdecznie zapraszam do komentowania. Pamiętajcie, że każdy komentarz to dla mnie ogromna motywacja. 
Pozdrawiam
Violin