czwartek, 21 września 2017

Rozdział 7

Odrzutowiec gładko prześlizgiwał się między chmurami. Aśka siedział w skórzanym fotelu i pustym wzrokiem wpatrywała się w widok za oknem. Tak naprawdę to zupełnie nie ją to interesowało, po prostu nie chciała nawiązywać kontaktu z współtowarzyszami. W kółko analizowała w głowie cały plan, film z ostrzeżeniem, to, co wiedzieli o kluczach. Nieudolnie próbowała pozbyć się wyrzutów sumienia, które pojawiały się za każdym razem, gdy jej wyobraźnia podsuwała obraz pobitego, nieprzytomnego Stephana. Z każdą kolejną godziną podróży rósł w niej strach, że nie zdążą, że kiedy włamią się do siedziby wroga, znajdą jedynie ciało Antigi. O Alekne kobieta mniej się martwiła, nie dlatego, że gorzej go znała, ale za doskonale wiedziała, ze jest po prostu człowiekiem wytrzymalszym, silniejszym psychicznym i fizycznym, nie będzie łatwo go złamać.
– Za chwilę będziemy na miejscu – jej rozmyślenia przerwał czyjś zimny głos. Wzdrygnęła się gwałtownie, niespodziewanie czując na ramieniu dużą dłoń Ivana.
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie straszył tak ludzi– mruknęła i niechętnie odwróciła się w jego stronę. – Kiedyś doprowadzisz kogoś do zawału.
– Przepraszam – Ivan wzruszył ramionami, a potem tak samo beznamiętnym głosem kontynuował: – Wylądujemy jakiś kilometr od bazy. Na tym terenie jest mnóstwo uskoków i zagłębień, nikt nas nie zauważy.
– Sprawdziłeś wcześniej? – Asia uniosła z powątpieniem brew.
– Arsene mi wszystko pokazał. Znaczy się Google Map pokazało – wykrzywił usta w coś, co chyba w zamierzeniu miało być uśmiechem.
– Mogłam się domyślić – prychnęła śmiechem Polka. – A więc, jak…
– Podchodzimy do lądowania! – Ich rozmowę przerwał głośny krzyk Kima. – Może trząść!
Ale nie trzęsło, Koreańczyk wykonał swoją robotę idealnie. Samolot wylądował za uskokiem terenu tak delikatnie, że pasażerowie zupełnie nic nie poczuli.
Aśka westchnęła cicho, a potem poprawiła bluzę, przygładziła włosy i wyprostowała się dumnie, starając znów przybrać powłokę obojętności. Miała nadzieję, że ona wyczyści jej umysł. Teraz, gdy zaczynała się właściwa akcja, nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek emocje, jakiekolwiek słabości. Znów musiała stać się wypranym z uczuć robotem.
Dla dobra ich wszystkich.
– Kim, zostajesz w samolocie – rozkazał Ivan, podnosząc się z swojego fotela i wyjmując spod niego broń, ulubionego glocka, z którym się nie rozstawał. – Bądź gotowy w każdej chwili wystartować. Utrzymuj stały kontakt z helikopterami. Jeśli nie wrócimy za cztery godziny wezwij wsparcie.
Kim kiwnął głową i odwrócił się z powrotem do sterów. Wykonał swoje zadanie, otrzymał nowe rozkazy, więcej go nie interesowało.
– Baza jest jakiś kilometr stąd – kontynuował Valkovic, gdy pozostali przygotowywali się do wymarszu. – Widziałem odpowiedni budynek po drodze. Nasz dron zrobił zresztą zdjęcia. Szare, betonowe pudło, nie większe nisz nasze biurowce. Żadnych strażników przed wejściem.
– Większość kompleksu jest pod ziemią – zauważyła Cecil, po raz kolejny sprawdzając swoją broń. – I pewnie mają monitoring.
– Który ty będziesz musiała rozbroić, gdy podejdziemy wystarczająco blisko – przytaknął Rosjanin. – Najlepiej zrobić to tak, by jak najdłużej się nie zorientowali, że coś nie działa.
– Zatrzymam nagrywanie. To nie jest specjalnie trudne – wzruszyła ramionami młoda agentka.
– Jest jeszcze coś –  wtrącił się Jack. – Przecież nie wiemy, gdzie trzymają naszych.
– Żaden problem. – Cecil uśmiechnęła się chytrze. – Na pewno mają w systemie plan kompleksu. Ściągnę go, jak tylko będziemy wystarczająco blisko.
Aśka zmarszczyła zaskoczona brwi, słysząc te słowa.
– A ja myślałam, że to Arsene jest informatycznym geniuszem – Spojrzała znacząco na Ivana.
– Bo jest – odpowiedział. – Ale jest też leniwy i nie lubi brudzić sobie rąk. Cecil to taki Arsene wersja 2.0 – uśmiechnął się z dumą.
– A on o tym wie?
– Nie i nie musi wiedzieć. Jego ego jest niestety dla nas zbyt cenne – prychnął.
Powoli pokiwała głową. Doskonale wiedziała, że młody Blain jest świadomy swoich niezwykłych umiejętności i uwielbia się nimi popisywać. Nie wiadomo skąd mu się to wzięła, szczególnie, że na przykład starszy brat informatyka był pod tym względem jego zupełnym przeciwieństwem. I choć od czasu do czasu zachowanie chłopaka irytowało wszystkich, to jednak dzięki niemu mieli jedne z najlepiej chronionych baz danych na świecie.
– Musimy działać szybko i po cichu – tym razem do agentów zwróciła się Asia. – Bądźcie ostrożni, nie chcemy strzelanin i przypadkowych śmierci.
Cała trójka przytaknęła zgodnie, choć przecież słyszeli te słowa już któryś raz. Byli świetnie przeszkoleni, doskonale wiedzieli, co mają robić.
– Poradzisz sobie? – zapytał jeszcze Polkę Ivan, gdy wychodzili z samolotu.
– Oczywiście – kobieta uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. – Byłam członkiem grupy specjalnej przez dobre siedem lat, wiem co robić.
Valkovic nic nie odpowiedział, jego twarz nawet nie drgnęła. Aśka nie mogła przypuszczać, że gdzieś z tyłu głowy zapaliła mu się ostrzegawcza lampka.
Wyszli na zalany słońcem pustkowie. Mimo że we Włoszech było już po południu, a tu dzień dopiero ruszał, to temperatura była trudna do zniesienia. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągnęła się spieczona, popękana ziemia. Nie było żadnej zieleni, jedynie wyrastające co pewien czas wysuszone krzaki, urozmaicały krajobraz.
Jednak grupie specjalnej takie warunki nie przeszkadzały. Wyposażeni w najlepszy sprzęt, ruszyli przed siebie wartkim krokiem, ale za to w zupełnej ciszy. Rozmowy tylko niepotrzebnie, by ich rozpraszały, a żadne nie miało do powiedzenia czegoś ważnego.
Po kilkunastu minutach marszu na zza horyzontu zaczął wyjawiać się ich cel. Z każdą sekundą robił się coraz większy, aż w końcu osiągnął swoje oryginalne rozmiary.
Byli na miejscu. Jakieś sto metrów od głównej bramy, schowali się za kolejnym wyłomem, by nie uchwyciły ich kamery.
– Nie ma strażników – mruknął Daniel, uważnie badając wzrokiem teren.
– Dajcie mi jakieś pięć minut. – Cecil machnęła nerwowo ręką po czym wyjęła z plecaka najcieńszego laptopa jakiego Asia kiedykolwiek widziała.
– Nowy sprzęt? – zapytała szeptem Ivana, z niedowierzeń patrząc, jak dziewczyna z prędkością światła wystukuje na klawiaturze kolejne polecenia.
– Przyszedł tydzień temu. Dałaś mi wolną rękę w tych sprawach, więc wybrałem coś porządnego. Oczywiście z pomocą Blaina – odpowiedział spokojnie. – Zresztą poczekaj to jeszcze nie koniec – wskazał głową na agentkę.
Miał rację. Gdy tylko Cecil udało się shakować kamery i zdobyć plany bazy, co zajęło jej niespełna pięć minut, wyjęła z plecaka niewielkie urządzenie, przypominające trochę PSP. Poklikała przez chwilę też na nim, a potem schowała laptopa i uśmiechnęła się szeroko do towarzyszy.
– Teraz wszystko mam tutaj – powiedziała. – Możemy iść dalej.
Szybko podnieśli się ze swoich miejsc i podbiegli do stalowych wrót. Cecil przyłożyła swoje urządzonko do czegoś, co chyba było zamkiem kodowym, poklikała, a sekundę później drzwi otworzyły się z cichym sykiem.
Przed nimi ciągnął się długi ciemny korytarz, zakończony kolejnymi drzwiami. Na obu jego krańcach zamontowano kamery, ale znów nie  było żadnych strażników.
– Są bardzo pewni siebie – mruknął Ivan.
I w tym samym momencie wiszące pod sufitem lampy rozbłysły czerwonym światłem, a spokój przerwało ogłuszające wycie alarmu.
– Cholera, wykryli nas! – przełknęła Aśka, odruchowo cofając się na zewnątrz.
– Nie! – gwałtownie uspokoiła ją Cecil. – To moja robota! Włączyłam alarm po drugiej stronie budynku – tłumaczyła, próbując przekrzyczeć hałas. – Przerzucą tam wszystkich ludzi i będziemy mieć wolną drogę. Za tymi drzwiami jest winda. Więźniów trzymają cztery piętra niżej.
Nie potrzebowali niczego więcej. Wszystko działo się bardzo szybko, a dzięki młodej agentce nikt im nie przeszkodził. Za nim się obejrzeli już byli kilkanaście metrów pod ziemią. Gdy winda otworzyła się, drogę zagroził im tylko jeden strażnik, wysoki, w czarnym mundurze i z karabinem w ręku. Na widok intruzów, krzyknął coś po hiszpańsku i uniósł broń, by wystrzelić.
Jednak Ivan był szybszy. Jednym susem znalazł się przy przeciwniku, uniósł wielką dłoń i  uderzył mężczyznę w skroń tak mocno, że te po prostu osunął się nieprzytomny na ziemię.
– Mogli się bardziej postarać. – Valkovic otarł dłoń o spodnie i dopiero wtedy rozejrzał się wokół, by stwierdzić, gdzie się znajdują.
Tak, jak się spodziewali trafili do czegoś, coś co przypominało połączenie średniowiecznych lochów z najnowocześniejszym amerykańskim więzieniem. Wzdłuż kamiennych ścian ciągnęły się dwa rzędy wąskich, stalowych drzwi. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, a nad każdą celą słabo migotała czerwona lampka. Gdzieś z oddali dochodziło popiskiwanie szczura, mieszające się z echem alarmu.
– Na co czekamy?! Szybko! – Aśka jako pierwsza rzuciła się  w kierunku cel. Jej ruchy były tak szybkie, że wydawały się wręcz nierzeczywiste. Biegała od jednych drzwi do drugich, zaglądając do środka przez kuloodporne szyby  i sprawdzając, czy w środku przypadkiem nie ma  przyjaciela. Niestety z każdą kolejną sekundą jej zapał słabł. Przechodziła od jednej celi do drugiej z coraz większym zrezygnowaniem, a w jej oczach pojawiło się przerażenie.
– Nie ma ich – wychrypiała, stając na środku korytarza. – Nigdzie ich nie ma!
– Zostały ci jeszcze jedne drzwi – trzeźwo zauważył Ivan. W przeciwieństwie do Daniela i Jacka, nie dołączył do poszukiwań. Zamiast tego pilnował głównego wejścia, jednocześnie kontrolując Cecil, która grzebała przy panelu sterowania i próbowała rozgryźć system zamków w lochach.
– Ale w nich nie ma szyby – stwierdził Jack. – Równie dobrze, to może być schowek na miotły albo coś podobnego.
– Stephane! – Mimo słów agenta, Asia i tak rozpaczliwie uderzyła pięścią w stal. – Alekno, do cholery!
Odpowiedziała jej cisza.
– Dajcie mi sekundkę – poprosiła nerwowo Cecil. – To jest bardziej skomplikowane niż myślałam.
– Zaraz zorientują się, że to blef! Jak tu zjadą, zmiotą nas w pył! – pogonił ją Ivan.
– Wiem, wiem, jeszcze chwilę… Gotowe! – Klasnęła triumfalnie i w tym samym momencie wszystkie drzwi rozsunęły się z cichym piskiem.
– Dobra robota, młoda! – pogratulował jej Jack. Ivan jedynie z aprobatą pokiwał głową, a Aśka nic nie powiedziała tylko od razu do skoczyła do ostatniej celi – tej, w której miała nadzieję zobaczyć swojego przyjaciela, żywego i w pełni sprawnego, uśmiechającego się szeroko, tak jakby nic się nie wydarzyło.
Pierwszym, co rzucało się w oczu, był siedzący pod ścianą mężczyzna. Serce kobiety zabiło szybciej, ale zaraz zwolniło, gdy zorientowała się, że więźniem nie jest Antiga, a Władimir Alekno.  Rosyjski trener był wycieńczony i poobijany, ale przytomny. Gdy do pomieszczenia wpadło światło, uniósł głowę, ukazując podrapaną, poranioną twarz, ozdobioną na dodatek ogromną śliwą pod okiem.
– To wy? – wychrypiał słabym głosem.
– My – przytaknął Ivan, który już był przy trenerze. – Musimy się spieszyć, Oni zaraz tu będę.
– Zajmijcie się lepiej Antigą – Władimir kiwną głową w kierunku tylnej ściany. –  Kiepsko z nim.
Asi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Teraz dostrzegła Stephana. Leżącego bez życia na kamiennej posadzce, z ziemistą cerą, ręką wykręconą pod nienaturalnym kątem i włosami dosłownie czerwonymi od krwi. Spierzchnięte usta miał lekko uchylone, a spod podartej polówki wyłaniała się blada skóra pokryta siniakami, obrzękami i postrzępionymi ranami, które ledwo zdążyły się zagoić.
– Stephane… – przerażona opadła na kolana obok mężczyzny.  – Słyszysz mnie, Stephane?! – Przyłożyła mu palce do skroni i odetchnęła z ulgą, czując puls. Słaby,  ledwo wyczuwalny, ale był. – Jack, Daniel, chodźcie tu, musicie go podnieść!
– Alarm ucichł, zorientowali się! – Z korytarza dobiegł do nich rzeczowy krzyk Cecil.
– Tempo, panowie, tempo! – pogonił agentów Ivan. Sam chciał pomóc Aleknie, ale ten z irytacją odtrącił jego dłoń.
– Poradzę sobie – warknął, dźwigając się z trudem. – Tak bardzo mnie jeszcze nie pokiereszowali.
Valkovic nie protestował, za długo pracował z mężczyzną by sądzić, że jakiekolwiek protesty odniosą zamierzony skutek. Zostawił więc trenera w spokoju, a sam poszedł przodem, z uniesioną bronią, by oczyszczać drogę.
I to był dobry ruch, bo dokładnie  w momencie, w którym opuścili celę, drzwi windy otworzyły się i wysiadło z niej czterech doskonale uzbrojonych żołnierzy przeciwnika.
– Padnij!
Rozpętała się strzelanina. W powietrzu śmigały kule, pod sufitem cały czas migotały czerwone żarówki. Obydwaj trenerzy zostali dosłownie przygnieceni przez agentów do ziemi. Pociski wbijały się w stalowe kraty, panował zupełny chaos. Aśka próbowała jakoś ogarnąć sytuację, ale tak naprawdę była wstanie jedynie modlić się, by nikt z IOS nie ucierpiał. Ostatnie na co miała ochotę, to dodatkowe ofiary w ludziach.
Na szczęście grupa specjalna nie bez przyczyny nazywana jest jedną z najlepiej wyszkolonych jednostek na świecie. Choć całe zamieszanie wydawało się ciągnąć w nieskończoność, to w rzeczywistości po kilkunastu sekundach przeciwnicy zostali unieszkodliwieni, z czego najprawdopodobniej osobiście ukatrupił Ivan.
– Kim – Rosjanin wywołał pilota przez komunikator, przestępując nad ciałem wroga. – Potrzebuję helikoptera. Tego z lekarzem. Za minutę ma być przy bazie. Ty startuj.
– Przyjąłem – odparł krótko Koreańczyk, a Valkovic od razu się rozłączył.
– Idziemy – nakazał pozostałym.
I poszli. Choć ledwo zmieścili się w windzie, a ogłuszający alarm znów rozległ się w całym kompleksie to jednak okazało, że szczęście postanowiło do nich wrócić z wakacji. Na powierzchni spotkali bowiem tylko jednego strażnika, zresztą dość nieudolnego, który chyba znalazł się tam przez przypadek. Pozbycie się go zajęło im niespełna sekundę, a poradzenie sobie z niby zamkniętymi głównymi wrotami kolejne dwie – dla odmiany to było łatwiejsze niż się Cecil wydawało.
Wybiegli, a raczej w przypadku trenerów wywlekli się, na zalane słońcem pustkowie, na którym panował równie ogromny chaos, co w środku budynku. Silne podmuchy wiatru targały wszystkim wokół, wycie syren zlewało się z narastającym warkotem silników helikoptera, który sunął szybko w ich kierunku, zniżając się coraz bardziej.
Gdy tylko maszyna dotknęła ziemi, wszyscy pobiegli w jej kierunku. Wrogowie zorientowali się co się dzieje, rozpoczęli ostrzał, ale to niewiele dało. Za nim się obejrzeli uciekinierzy wznosili się w powietrze.
– Nieźle się spisaliśmy – stwierdziła Aśka, pocierając bark w miejscu, gdzie drasnęła ją przypadkowa kula.
– Było… poprawnie – mruknął Ivan, kiwając głową. – Oczywiście mogliśmy poradzić sobie szybciej.
– Oj, daj spokój! – Kobieta szturchnęła go ramię, a Rosjanin uśmiechnął się nieznacznie, doskonale wiedząc, że i tak nie zepsuje jej humoru.
Bo dopiero wtedy, siedząc na metalowym podeście i obserwując, jak lekarz podaje Stephanowi tlen, słysząc, jak uspokaja ją, że wcale nie jest tak źle, że trener jest silnym chłopem i wyjdzie z tego, uwierzyła w coś, w co powinna uwierzyć już dzień wcześniej, o siódmej rano, gdy wszystko się zaczęło.
Cokolwiek by się nie stało wygrają tę wojnę.
I jako prezes International Ogranization for Sportsman była tego pewna.


Przedstawiam wam rozdział siódmy. Jak wam się podoba? Jest on jaki jest, są takie momenty, które podobają mi się bardziej i takie, które trochę mniej, ale trudno. Nie ma tu co prawda siatkarzy, ale spokojnie będzie ich więcej w następnych częściach. 
Wczoraj wieczorem PZPS odwołało ze stanowiska trenera "Fefe". Czy jest to dobra decyzja? Trudno powiedzieć, ale prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasi chłopcy nic nie grali. Przez cały sezon były może dwa mecze, w których naprawdę było widać walkę. Bo właśnie tej walki, energii, wojny o każdy punkt zabrakło. Bo gdyby były, to nawet przy słabych wynikach na trenera patrzono by zupełnie inaczej. 
Mówi się, że teraz czas na polskiego trenera. Jak sądzicie, to dobre posunięcie? Ja osobiście mam swojego faworyta, ale on sam jakoś na razie średnio podchodzi do tego pomysłu xD. 
Na zakończenie dziękuję wszystkim czytelnikom, a szczególnie tym, którzy zostawiają po sobie ślad. To naprawdę wiele dla mnie znaczy!
Pozdrawiam
Violin


czwartek, 7 września 2017

Rozdział 6

Asia nie mogła zasnąć. Przekręcała się z boku na bok, próbując znaleźć wygodną pozycję, ale wąskie łóżko nie dawało jej zbyt wielu możliwości. Zwykle nie miała problemu ze snem. Nie potrzebowała jakiś specjalnych wygód, maleńki pokoik w centrali, który na początku miał służyć tylko na wszelki wypadek, a w końcu stał się jej domem, w zupełności wystarczał.
A teraz było inaczej. Cały czas miała przed oczami przerażające zdjęcia z otrzymanego filmu,  a to sprawiało, że rzeczywistość wokół dosłownie ją przytłaczała. Oddychała z trudem Miała wrażenie, że jej płuca odmawiają posłuszeństwa. Czuła się tak, jakby ktoś przygniótł ją trzytonowym głazem albo kazał wchodzić na Mont Everest bez tlenu.
Zirytowana w końcu usiadła na łóżku.  Za jedynym oknem w pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Była prawie północ.  Filie na całym świecie zostały powiadomione o zagrożeniu, zwiększono ochronę nad wszystkimi sportowcami, po raz kolejny nawiązano współpracę z służbami specjalnymi. Plan awaryjny na wypadek czerwonego alarmu wypalił w stu procentach, troje z czterech pozostałych strażników było w centrali pod doskonałą opieką, kobieta naprawdę nie miała powodów do zmartwień. Wszyscy byli bezpieczni.
A jednak świadomość tego, że gdzieś tam jest dwóch trenerów, którym nie zapewniła ochrony doprowadzała ją do wariacji. Wrzucała sobie, że nie przewidziała takiej sytuacji, że nie postarała się zapewnić im dodatkowej ochrony albo przynajmniej szkolenia czy odpowiedniej broni. Może wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego.
Kotem oka dostrzegła świecące w oddali słabe pobłyskiwanie. W jedynym zamieszkałym domku dla gości nadal paliło się światło. Westchnęła głęboko. Mogła to przewidzieć. Szybko ubrała się, narzuciła na głowę kaptur bluz i wymknęła w ciemną noc, modląc się w duchu, by na kogoś nie trafić.
Tak jak przypuszczała, Stephanie siedziała przed domkiem i pustym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń. Na sobie miała wymięty dres, a w rękach trzymała kubek z już dawno wychłodzoną herbatą.
– Nie możesz zasnąć? – zapytała Aśka wyłaniając się z cienia.
Francuzka wzdrygnęła się mimowolnie, słysząc jej cichy głos.
– Nawet nie próbuję – mruknęła. – Za bardzo się martwię. – Jeszcze bardziej otuliła się bluzą, choć wcale nie było zimno.  Czy wy…– przełknęła głośno ślinę i niepewnie spojrzała na przyjaciółkę. – Czy coś wiecie na jego temat?
Polka spuściła wzrok. Nie powiedziała Stephanie o otrzymanej wiadomość, uznała, ze tak będzie lepiej. Nie chciała wyobrażać sobie reakcji kobiety na zdjęcie męża. To mogłoby tylko pogrążyć ją w jeszcze większej rozpaczy.
– Niedługo będziemy mieć miejsce, gdzie najprawdopodobniej ich trzymają – powiedziała powoli, uważnie obserwując reakcje przyjaciółki. – Wylatujemy z samego rana. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to zobaczysz Stephana wciągu dwóch dni – wymusiła uśmiech.
– Tylko w jakim stanie. – Ton drugiej kobiety nadal był zupełnie beznamiętny.
– Nie możesz w ten sposób…
– Myśleć? Muszę – wzruszyła ramionami. – Nigdy… nigdy nie myślałam o tym, jak sobie poradzimy, gdy jego zabraknie. A teraz muszę. Bo powiedzmy sobie szczerze – mogę zostać wdową. I to wciągu zaledwie dwóch dni.
– Przestań, proszę…
– Pewnie wrócimy z dzieciakami do Francji. Albo na Majorkę. Mamy trochę oszczędności, wystarczą na tyle, bym znalazła jakąś niezłą pracę. Będzie ciężko, ale poradzimy sobie. Przynajmniej teoretycznie. – Jeszcze mocniej skuliła się w fotelu. – Chociaż nie wiem jak dzieciaki sobie z tym poradzą – mruknęła.
– A  jak radzą sobie na razie? – zapytała Asia, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciółki.
– Nieźle – Francuska wzruszyła ramionami. – Jakoś wytłumaczyłam im zniknięcie Stephana. Ale trochę na okrętkę, nie zdają sobie sprawy z prawdziwego zagrożenia. Podoba im się tutaj. Jest basen, dużo przestrzeni, cała infrastruktura… i chłopaki z Kanady wzięli ich pod swoje skrzydła – uśmiechnęła się smutno. – Pewnie na miejscu zawodników też chciałabym się zająć czymkolwiek byle tylko nie myśleć o całej tej sytuacji –  dodała.
Zapadła niezręczna cisza. Aśka nie bardzo wiedziała, co jeszcze może powiedzieć, za to Stephanie wróciła do otępiałego kołysania się na krześle i bezgłośnego ruszania ustami.
– Co z rodziną Alekny? – zapytała nagle, odwracając się gwałtownie do Polki. – Nie ma ich tutaj prawda? Dlaczego?
– Ivan się tym zajął – odpowiedziała spokojnie Mazowiecka, jakby to było coś oczywistego. – To dość uparci ludzie. Przydzieliliśmy im tyle ludzi do ochrony, że amerykański prezydent by nie pogardził. Są bezpieczni, ale ja jednak wolałam ściągnąć was tutaj. Czuję się tak po prostu pewniej – przyznała bez ogródek.
Stephanie powoli pokiwała głową. Rozumiała tę postawę, choć nie spodziewała się takiego wyzwania ze strony przyjaciółki. W tym duecie to raczej ona była tą ciepłą, rodzinną osóbką, która nie ukrywała swoich uczuć w stosunku do innych. Aśka za to bardzo rzadko zdejmowała maskę zimnej pani prezes, z jakiegoś powodu wolała by niektórzy spostrzegali ją jako zupełnie wypraną z uczuć szefową, niezdolną by przywiązać się do kogokolwiek. Ludzi, którzy znali jej prawdziwą twarz można było policzyć na palcach, pozostali widzieli w niej po prostu robota
– Spróbuj zasnąć, dobrze? – poprosiła w końcu, by jakoś skierować rozmowę ku końcowi. – Nie wiem jak potoczy się jutrzejsza akcja, ale czuję – przełknęła głośno ślinę. – Czuję, że powinnaś być w pełni sił – wymusiła uśmiech. 
– Niech będzie – westchnęła Stephanie, z zrezygnowaniem krzyżując ręce na piersi. – Ale ty też pójdziesz spać, okej? Bo tak naprawdę, to od tego w jakiej będziesz formie zależy powodzenie tej misji. A ona musi się udać! – Pogroziła przyjaciółce palcem.
– Wiem – Asia znów przybrała jedną z swoich najpewniejszych póz. – Obiecuję ci, że się uda.
Jej słowa odbyły się echem w ciemność. Nikt ich nie potwierdził.

***

Po dwóch godzinach pracy Bieniu miał serdecznie dość. Miał dość wspinania się na zdecydowanie za wysokie drabiny, miał dość rozpadających się poradników z lat siedemdziesiątych, które nijak się miały do dzisiejszego sportu, miał dość kartek zacinających palce i miał dość wszechobecnego kurzu. Mimo tego, że do początkowej szóstki dołączyli inni siatkarze – zarazem Polscy jak i Kanadyjscy – a także członkowie sztabu, ich prace w ogóle nie posuwały się do przodu.
– To bez sensu! – jęknął Michał Kubiak, gdy w duecie przeczesywali regały w dziale hokeja. – Kurczę, komu chciało się to wszystko pisać? Przecież musiało im to zająć wieki! A ile papieru zeżarło! – narzekał dalej, z grymasem na twarzy kartkując kolejną biografię, która i tak za wiele mu nie mówiła. – Nawet nie przypuszczałem, że tyle książek może istnieć! A widziałeś regały w dziale siatkarskim? Kojarzę może kilka tytułów, a przecież chwilę już w siatce siedzę!
– Może pozostałe zostały napisane na potrzebę IOS? – rzucił luźno Mati, strzepując z kolejnego tomu warstewkę kurzu. – No wiesz, na wyraźną prośbę zarządu albo trenerów, wydrukowane w dwóch, trzech egzemplarzach, tylko do użytku wewnętrznego.
– Chyba masz rację. – Kapitan wzruszył ramionami. – Ile my już tutaj siedzimy? – ponownie zaczął narzekać, wchodząc na drabinę. – Jestem padnięty! Wstaliśmy przecież przed szóstą, a już jest prawie pierwsza. W nocy! Ja chcę spać! – Słysząc jego żałobliwy to, Bieniek tylko przewrócił oczami. Też był zmęczony, ale jakoś nie czuł potrzeby oznajmiania tego całemu światu. 
– Ale wiesz co? – kontynuował swoja paplaninę Kubiak. – Taka robota sprzyja myśleniu. A ja nadal nie ogarniam tego, jak to wszystko funkcjonuje. Przecież mamy do czynienia z setkami, jak nie tysiącami trenerów! I co, zbierają się wszyscy przy tych długich stołach i dyskutują, popijając herbatkę?!
– Nie zapomnij o ciasteczkach – mruknął Bieniu. – Zebrania nie mogą funkcjonować bez ciasteczek.
– Dobrze prawisz. – Michał z aprobatą pokiwał głową. – Choć wątpię by piekła je Jenny. Może ktoś inny to robi? Na przykład… A to co? – Nagle z książki, którą przeglądał wypadła złożona kartka papieru. Przyjmujący podniósł ją ostrożnie i niepewnie rozprostował. – Dziwne – mruknął, dokładnie oglądając znalezisko z każdej strony. – Zupełnie nic z tego nie rozumiem.
Środkowy zajrzał mu przez ramię, ale też nie wiele łapał. Na kartce były jakieś rysunki wykonany ołówkiem i słowa w różnych językach. Jedne znał, inne pierwszy raz widział na oczy, ale żadnego nie rozumiał.
– Co to za dziwne znaczki? Chiński, japoński? – w zamyśleniu podrapał się po głowie.
– Nie mam pojęcia, ale Lang Ping na pewno będzie wiedziała. Jenny! – Kubiak wrzasnął w niebogłosy, by usłyszała go cała biblioteka, a także wszyscy mieszkańcy Rzymu. – Znaleźliśmy coś!
– Nie drzyj się, Kubiak, w przeciwieństwie do ciebie mam jeszcze doskonały słuch. – trenerka zupełnie niespodziewanie wyłoniła się z jednego z regałów. Choć pracowała tak samo ciężko jak inni, a może nawet i ciężej, to w ogóle nie było widać po niej zmęczenia. – Pokarz, co tam masz – wyrwała Michałowi kartkę. – Dziwne – zmarszczyła czoło, widząc, co na niej jest.
– Co jest dziwne?! – Michał i Mati wymienili podekscytowane spojrzenia.
– Chyba znaleźliście to, czego szukamy – odpowiedziała powoli Jenny, nie odrywając wzroku od tekstu. – Na razie jednak jeszcze nie wiele wam powiem… Muszę to obgadać z innymi, więc na razie macie wolne. Zbierzecie pozostałych i zmywajcie się stąd! – machnęła niecierpliwie ręką, jakby byli irytującymi owadami.
Obydwaj wzruszyli tylko ramionami, a potem z triumfem przybili sobie piątki. Spojrzeli wyczekująco na kobietę, ale ta już przestała się nimi interesować. Uważnie oglądała zupełnie zwyczajną, choć lekko pożółkłą kartkę, która zupełnie, ale to zupełnie nie wydawała się podejrzana.
Jednak jak się okazało, dzięki niej mogli spojrzeć na sytuację w nowym świetle.
I w końcu zdać sobie sprawę z tego w jakim są niebezpieczeństwie.
Jenny w końcu podniosła wzrok. Na szczęście siatkarze nadal stali przed nią, czekając na jakąś reakcje. Miała do nich jeszcze jedną prośbę.
– Znajdźcie mi Huberta Wagnera.

***

Gdy o szóstej rano Aśka weszła do hangaru, wszystko już było gotowe. Samolot zatankowany i sprawdzony, agenci wypoczęci i znający plan działania, Ivan jak zwykle pewny siebie, po raz setny analizujący każdy szczegół. Arsene pracował przez całą noc i teraz dokładne współrzędne szukanej bazy mogły zostać wklepane do komputera pokładowego. Znajdowała się ona na kompletnym odludziu w samym sercu Ameryki, więc przed ekipą było przynajmniej osiem godzin podróży. Dzięki najnowocześniejszym silnikom, specjalistycznym układom, nie musieli się martwić o pas do lądowania, bo samolot mógł startować pionowo, tak, jak helikopter.
– Na pewno wszystko mamy? – zapytała kobieta, podchodząc do Ivana.
– Na pewno – Rosjanin skinął głową. – Sprawdziłem trzy razy. Tak samo jak plan działania. Przeanalizowałem każdy szczegół.
– I co?
– Jest poprawny. Nie świetny, tylko poprawny, ale na więcej nie możemy sobie pozwolić. Nie wiemy jak wygląda baza, gdzie trzymają więźniów ani jakimi siłami dysponują. Lecimy tak naprawdę na ślepo.
Aśka zagryzła nerwowo wargę. Nie podobało jej się to stwierdzenie. Za dużo niewiadomych. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, w jak cholernie beznadziejnym położeniu się znaleźli.
– Kto kontroluje akcje z centrali? – dopytała, starając się ukryć niepewność.
– Arsene, tak jak zawsze. Ma mapy, GPS, nie zgubi nas.
– Ewentualna opieka medyczna?
– Na pokładzie jednego z helikopterów będzie lekarz. Dogadaliśmy się też z najbliższym szpitalem.
– A jeśli będę chciała przetransportować kogoś do Rzymu?
– Odpowiedni samolot czeka już na lotnisku.
– Widzę, że pomyślałeś o wszystkim – spojrzała na niego z podziwem.
– Jak zawsze – mężczyzna tylko wzruszył ramionami. – To ruszamy, czy nie?
Mazowiecka westchnęła cicho i jeszcze raz spojrzała na lśniący odrzutowiec. Kim sprawdzał jeszcze raz ogólny stan maszyny, a Cecil stała na schodkach i czekała na rozkazy. Pozostali agenci już byli w środku.
Wszystko dopięte na ostatni guzik…
– Tak, ruszamy – zadecydowała, a potem pewnym krokiem weszła do samolotu.

***

Jenny Lang Ping, Julio Velasco i Bernardo Rezende siedzieli przy kwadratowym stole. Pomiędzy nimi leżały trzy klucze, a czwarte krzesło było puste.
– To idiotyczne – mruknął Velasco, nerwowo skubiąc róg koszuli. – Mamy trzy klucze, wiemy, że czwarty jest bezpieczny. Oni mają tylko dwa. Mamy nad nimi przewagę, więc dlaczego się tak strasznie denerwujemy – spojrzał rozpaczliwie na towarzyszy.
– Na pewno klucz jest bezpieczny? – zapytała Jenny, zupełnie ignorując uwagi Argentyńczyka.
– Na pewno – przytaknął Rezende. – Jeszcze dzisiaj rano sprawdzałem. Jego fenomen polega na tym, że znajduje się w zupełnie niespodziewanym, nie podejrzanym miejscu, a…
– A jego strażnikiem jest człowiek, którego nikt nie bierze pod uwagę – dokończyła za niego Chinka. – Wiecie, że mój plan wypalił i chłopaki znaleźli coś, prawda? – Wyjęła kartkę i przesunęła ją na środek stołu. – To zupełnie zmienia naszą sytuacje.
Mężczyźni rzucili się na znalezisko jak głodne zwierzęta, co skończyło się malowniczym zderzeniem dwóch pustych łepetyn.
– Idioci – mruknęła Jenny, kręcąc głową z dezaprobatą.
Obydwaj posłali sobie groźne spojrzenia, ale to Rezende pierwszy dorwał papier.
– Nic z tego nie rozumiem – stwierdził, oglądając go ze wszystkich stronnego.
– Cholera, oddaj! – trenerka wyrwała mu z ręki kartkę. – Dlaczego wy zawsze robicie wszystko tak powoli?! Na tym skrawku papieru Melanie McFayer napisała wszystko o źródle magii! A dokładnie o źródłach!
– O źródłach? – trenerzy wymienili zaskoczone spojrzenia.
– Tak – Jenny kiwnęła głową. – Wszyscy byliśmy przekonani, że źródło jest jedno, a tym czasem okazuje się, że jest ich aż sześć! To znaczy, są to odnogi jednego dużego. Każdy klucz pozwala na dostęp do jednego. Są umieszczone w różnych miejscach na świecie. Dostęp do jednego z nich umożliwia dostęp do pewnej części magii. My teraz korzystamy jedynie z niewielkiej ilości, którą pozostawiono „bez opieki”.
– I co to zmienia? – wzruszył ramionami Rezende. – Ci psychopaci nadal mają dwa klucze.
– To prawda – przytaknęła Lang Ping. – Ale my mamy cztery. Sam sobie odpowiedz, kto tu ma przewagę?



Z lekkim opóźnieniem, ale dodaję w końcu rozdział szósty. Miałam zamiar skończyć go wcześniej, ale niedawno zaczęłam liceum i w nawale nowych obowiązków nie bardzo znalazłam i czas i wenę do pisania. Ale wracam i niedługo powinny się też pojawić rozdziały na pozostałych blogach. 
Niedawno skończyły się też Mistrzostwa Europy. Nasza reprezentacja nie wypadła w nich najlepiej. Ja jakoś jeszcze sam wynik bym przeżyła ( choć odpadnięcie w barażach to zdecydowanie nie było to, czego oczekiwaliśmy), ale styl... Powiedzmy sobie szczerze, ja w chłopakach zupełnie nie widziałam drużyny, nie było między nimi chemii, energii, czasami miałam wręcz wrażenie, że niektórzy są tam za karę. Niefajnie :(
Pojawiają się głosy, że należy zmienić sztab, zrobić w kadrze rewolucje. Nie do końca wiem, co mam o tym myśleć.  jednej strony wyrzucanie trenera po jednym sezonie do najgenialniejszych pomysłów nie należy, ale z drugiej... styl przegranych turniejów był po prostu okropny. No i może kilku zawodnikom przydałby się odpoczynek ( na przykład panu F.D który wczorajszym wywiadem w Przeglądzie podniósł mi ciśnienie). 
A wy jakie macie spostrzeżenia po tym turnieju? Serdecznie zapraszam do komentowania. 
Pozdrawiam
Violin

wtorek, 22 sierpnia 2017

Rozdział 5

– Nie – stanowcza odpowiedź Aśki nie dawała żadnych szans na podjęcie dyskusji.
Michał zamarł z szeroko otwartymi ustami. Zamrugał szybko, próbują przetworzyć otrzymaną odpowiedź, ale jego mózg nie bardzo chciał współpracować. Usłyszane słowo echem odbijało się w jego czaszce.
– Jak to nie? – wydukał powoli.
– Po prostu nie – wzruszyła ramionami Aśka, nie podnosząc wzroku znad czytanych papierów. – Nie dostaniecie żadnego zadania. Macie siedzieć na tyłkach, trenować i nie pałętać mi się pod nogami – warknęła, a potem znów ruszyła szybkim krokiem korytarzem.
– Ej, ale zaczekaj – Kubiak pobiegł za nią. – Przecież na pewno jest coś, co możemy zrobić! Nie jesteśmy przecież totalnymi ciamajdami, wszystkiego nie zniszczymy! Proszę, przecież nie możemy siedzieć bezczynnie! – mówił, idąc tyłem i nieudolnie próbując nadążyć za kobietą.
– Posłuchaj, Michał – Asia zatrzymała się w końcu. – Jesteś już drugą osobą, która mnie o to pyta i drugą, której udzielam takiej, a nie innej odpowiedzi. Wiem doskonale, że bardzo chcielibyście się do czegoś przydać, ale ja nie mam ani czasu, ani ludzi, by pilnowali, czy wszystko wykonujecie zgodnie z planem. Sytuacja jest bardzo trudna, a jeszcze muszę się zając typowo bieżącymi sprawami – westchnęła głęboko, przeczesując zmęczonym ruchem ręki włosy. – Jeśli nie chcesz mnie jeszcze bardziej zirytować, to łaskawie po prostu nie pokazuj mi się na oczy. I to samo powiedz swoim kolegom – dodała, a potem po prostu odeszła, nie oglądając się za siebie.
– Ale… – Przyjmujący próbował coś jeszcze zdziałać, ale kobieta już po prostu go nie słyszała. Stanął więc na środku głównego holu i rozglądnął się bezradnie wokół, nie mając pojęcia co zrobić.
Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się na pięcie i zobaczył pozostałych chłopaków, którzy byli równie zdekoncentrowani co on.
– Coś poszło nie tak? – zapytał zaniepokojony Oskar.
– Nie ma dla nas żadnego zadania – odpowiedział Michał głosem zupełnie wypranym z emocji. – Jesteśmy tu zupełnie bezużyteczni.
– Niekoniecznie.
Tuż przed nimi, zupełnie niespodziewanie, jak gdyby nigdy nic z podłogi wyłonił się nie kto inny tylko trener Wagner we własnej osobie. To nagłe spotkanie wywołało u nich taki sam wstrząs, jak pierwsze.
– Niekoniecznie, co? – wydukał w końcu Leman, jako pierwszy otrząsając się z szoku.
– Niekoniecznie jesteście całkowicie bezużyteczni – powtórzył trener. – Choć prawdę mówiąc zupełnie nie rozumiem osoby, która powierzyła wam to zadanie – dodał pod nosem, przewracając oczami. – W każdym razie, ktoś z kim zdecydowanie nie chcecie dyskutować. Macie się stawić dzisiaj o dziewiętnastej w bibliotece – nakazał tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Ale tak po prostu? – zapytał zaskoczony Bieniu.
– Tak, tak po prostu – warknął Wagner. – To było jedno przydziałowe pytanie. Żegnam panów. Mam jeszcze ważniejsze zadanie do wykonania. – Uchylił kapelusz, a potem po prostu odleciał w sobie tylko znanym kierunku, zostawiając siatkarzy jeszcze bardziej zdziwionych niż wcześniej.

***

International Organization for Sportsman od zawsze była organizacją przygotowaną na wszystko. Przetrwała upadek Związku Radzieckiego, wojnę w Jugosławii i wiele innych zdarzeń, które zmieniały oblicze świata. Obserwowała powstawanie nowych państw, a w ataku na WTC straciła dwunastu swoich ludzi. Nigdy nie było wiadomo, co się za chwilę wydarzy i każdy pracownik doskonale wiedział, że może dojść do sytuacji, w której trzeba będzie ewakuować sportowców z kraju, w którym wybuchła rewolucja albo wyrwać ich z łap terrorystów. Tego typu zdarzenia miały miejsce nie całkiem od święta, bo IOS miało pod opieką wszystkich – także w krajach, w których wybuch na targu nie był czymś nadzwyczajnym.
Organizacja oczywiście współpracowała z różnymi służbami specjalnymi, ale od najtrudniejszych zadań miała tak zwaną „Grupę specjalną”.
               
Stukot obcasów Aśki niósł się echem po całym hangarze. Nie był on może zbyt duży, ale doskonale wyposażone. Miał zresztą pomieścić tylko jeden samolot – słynnego „Motylka”
– Gotowy? – zapytała, siedzącego na schodkach lśniącego odrzutowca, skośnookiego mężczyznę. Miał na oko czterdzieści kilka lat, był dość krępy i zapewne zupełnie niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie wojskowy kombinezon i leżący obok kask pilota.
– Gotowy – przytaknął, odgryzając kawałek kanapki.
– Doleci?
– Zawsze dolatuje.
– W jednym kawałku?
– To zależy od nich – machnął głową na idących w ich stronę ludzi – Ivana, a także dwóch mężczyzn i kobietę.
– Widzę, że wybrałeś pakiet podstawowy? – Asia uniosła pytająco brew, kiedy cała grupa podeszła bliżej.
– Wystarczą – stwierdził beznamiętnie Rosjanin. – Będą jeszcze dwa zespoły w helikopterach. Ubezpieczają tyły. Poza tym Daniel, Cecil i Jack – wskazał ruchem podbródka po kolei na niskiego mulata, bladą kobietę o krótko ściętych, rudych włosach i wysokiego mężczyznę o typowo skandynawskiej urodzie, który miał oczy tak zimne, że wydawały się po prostu szklanymi kulkami. Cała trójka stała na baczność, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. – Cecil jest nowa, ale poradzi sobie, sprawdziłem. Do tego Kim na pilota, Arsene w centrali, ja na dowództwie i ty do pomocy.
– Skąd wiedziałeś, że chcę z wami lecieć? – Aśka spojrzała na niego podejrzliwie.
– Po prostu wiedziałem – wzruszył ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.
Kiwnęła głową. Nie zamierzała wdawać się w zbędne dyskusje.
– Czy Blain już namierzył skąd wysłano film?
– Wstępnie. Gdzieś w środkowej części USA. Twierdzi, że ludzie, którzy wysłali wiadomość są sprytni, ale on jest sprytniejszy. Nazwał to łamigłówką. Niedługo będzie miał lokalizacje. Mówi, że z dokładnością do dziesięciu kilometrów.
– Jest bardzo pewny siebie – mruknęła pod nosem kobieta.
– Jak zawsze. Ma do tego powody. Powiedział, że wiadomość wysłano dobrze zakodowanymi kanałami, ale on ma i zdolności i komputer, by je rozkodować. Mamy mu tylko dać jeszcze kilka godzin.
– Niech będzie – niechętnie zgodziła się Aśka. – Wiecie, jakie jest wasze zadanie? – zawróciła się do agentów, którzy nadal niewzruszeni stali na baczność, jakby byli marmurowymi posągami.
– Zapoznaliśmy się z dokumentami – odpowiedział Jack, a pozostali nieznacznie kiwnęli głowami.
– Priorytetem jest w tym momencie uwolnienie Władimira Alekny i Stephana Antigi – kontynuowała Polka. – Tylko i wyłącznie. Żadnych niepotrzebnych bójek i odstępstw od wyznaczonych zadań. Musimy to załatwić szybko, cicho i bez ofiar po naszej stronie. Potem zajmiemy się likwidacją wroga.
– Kiedy wyruszamy? – zapytała Cecil, nieznacznie przestępując z nogi na nogę.
– Jak najszybciej.
– Nie ma mowy – do rozmowy znów wtrącił się Ivan. – Dali nam siedemdziesiąt dwie godziny. To dużo. Wylecimy z samego rana.
– Zwariowałeś?! Nie mamy czasu – wysyczała przez zaciśnięte zęby Aśka. – Musimy się spieszyć, tu chodzi o ich życie!
– Siedemdziesiąt dwie godziny – Rosjanin był nieustępliwy. – Przez ten czas nic im nie grozi. Za dużo wydarzeń na raz prowadzi do osłabienia koncentracji. Trzeba odpocząć.
– Ci ludzie są na to przygotowani – warknęła, wskazując spojrzeniem na agentów. – Sam ich przecież szkoliłeś.
– Ty musisz odpocząć.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale.
Asia westchnęła z zrezygnowaniem. Doskonale wiedziała, że wdawanie się w dyskusje z Ivanem nie ma żadnego celu, a dodatkowo prawda była taka, że naprawdę zaczęła odczuwać zmęczenie. Od samego rana była na nogach, zajmowała się wszystkim, cały czas na pełnych obrotach, nie zdarzyła nawet usiąść na chwilę, by coś zjeść.
– Niech ci będzie – mruknęła. – W takim razie jutro o siódmej chcę wszystkich widzieć tutaj – zarządziła. – Wszystko ma być dopięte na ostatni guzik. Spóźnień nie toleruję! Jutro zacznie się najtrudniejsza misja w historii IOS.
– Jest jeszcze jedna sprawa – wtrącił się Ivan.
– Jaka?
– De Georgi właśnie do nas dotarł. Można z nim porozmawiać.

***
Tykanie zegara wręcz wrzynało się w zwoje mózgowe. Jenny Lang Ping uniosła spokojnie filiżankę i wypiła łyk gorącej herbaty. Siedzący obok niej Julio Velasco zerknął na nią nerwowo i wrócił do tępego wpatrywania się w blat stołu. Naprzeciwko niego znudzony do granic możliwości Bernardo Rezende rysował szlaczki w zeszycie, który pierwotnie miał służyć do notatek. Przy kwadratowym stole tylko jedno miejsce było wolne.
– Rozmawiałaś o tym z innymi trenerami? – odezwał się w końcu Velasco.
– Wstępny mail poszedł do wszystkich – przytaknęła Jenny. – Niezależnie od kraju i dyscypliny. Lepiej żeby czymś zajęło się trzysta osób niż trzy.
– Myślisz, że to coś da? – z powątpieniem zapytał Rezende.
– Lepiej sprawdzić – wzruszyła ramionami Chinka. – Mogą coś wiedzieć. Niektórzy pamiętają czasy zakładania IOS. Mogli obserwować założycieli.
– Jeszcze raz – Bernardo uniósł dłoń niczym Juliusz Cezar. – Kiedy Aśka wychodzi z siebie, by ocalić naszych dwóch kolegów, ty chcesz za jej plecami znaleźć źródło naszej magii, czyli zrobić dokładnie to, co jest celem tych psychopatów, z którymi walczymy. Oszalałaś, czy cię przegrzało w tych Chinach?
– Przecież nie robię jej tego na złość – westchnęła trenerka, przewracając oczami. – Chcę po prostu, by działania szły dwutorowa. Kiedy nasza zaginiona dwójka wróci do nas, będziemy musieli podjąć kolejne działania. Najlepiej znaleźć cel naszych wrogów i go zabezpieczyć. Być dwa kroki przed nimi.
– Zgodzi się na to?
– Zgodzi się, znam ją. Tylko najpierw musimy wykonać większość roboty. Przetrząsnąć całą bibliotekę. Wszystkie akta i gabinety. Znaleźć jakąś wskazówkę, co do położenia źródła.
– Mamy to zrobić sami?
– Oczywiście, że nie – Jenny uśmiechnęła się chytrze. – Pomogą nam siatkarze.

***
Aśka szła szybko sterylnie czystymi korytarzami, z Ivanem po jednej stronie, i lekko wystraszonym Oskarem po prawej. Ze względu na okoliczności, trener de Georgi został zaraz po odnalezieniu przetransportowany do najlepszego szpitala w Rzymie. Owszem, w głównej siedzibie IOS zawsze stacjonował lekarz, było też odpowiednie piętro, ale nikt do końca nie był pewny w jakim stanie jest trener, więc wolano dmuchać na zimne.
– Jest przytomny? – zapytała kobieta, wychodzącego z jednego z pokoi, doktora.
– Obudził się prawie dwie godziny temu – potwierdził mężczyzna. – Nie ma specjalnych obrażeń, trochę siniaków, złamany mały palec u lewej ręki, guz po uderzeniu na głowie i rozciętą skórę na skroni. Podejrzewaliśmy wstrząs mózgu, ale na razie nic na to nie wskazuje.
– Jest u niego rodzina?
– Była. Wyszli przed chwilą. Delikatnie zasugerowałem, że powinni sobie zrobić przerwę. Wiedziałem, że przyjdziecie. Macie jakieś pół godziny.
Asia kiwnęła głową, jednocześnie posyłając Oskarowi wymowne spojrzenie. Ten od razu załapał o co chodzi i wymawiając się chęcią przyniesienia dla wszystkich kawy, usunął się z zasięgu wzroku. Dopiero wtedy Polka pchnęła przeszklone drzwi i pozostała dwójka weszła do środka.
Fefe leżał na pojedynczym łóżku, trochę blady, ale jak zwykle z stoickim spokojem wymalowanym na twarzy.
– Będę przesłuchiwany? – zapytał słabym głosem, uśmiechając się nieznacznie. – Czyżbym został oskarżony o morderstwo?
– Nie do końca. – Aśka usiadła na metalowym krześle, a Ivan stanął po drugiej stronie. – Nie zajmę wiele czasu, chcę tylko zadać ci kilka pytań.
– Tak naprawdę, to nawet nie bardzo wiem, co się stało – wzruszył ramionami Włoch. – Spałem w swoim łóżku w Spale, potem jak się na sekundę się obudziłem to leżałem na czymś twardym i mokrym, potem mnie gdzieś ktoś zawlókł, a na końcu obudziłem się tutaj. Tyle wiem.
– I nic po za tym? – Kobieta zmarszczyła ze zdziwieniem brwi.
– Nie bardzo. – Trener rozłożył bezradnie ręce. – Ale może wy mi powiecie, o co w tym wszystkim chodzi.
Asia i Ivan wymienili znaczące spojrzenia. W końcu Rosjanin wziął głęboki oddech i w bardzo dużym skrócie przedstawił, to co się stało. Z każdym kolejnym zdaniem oczy Ferdinanda robiły się coraz większe, by w końcu osiągnąć średnice typowego niezidentyfikowanego obiektu latającego.
A trzeba dodać, że zdań było tylko kilka.
Dokładnie pięć.
– Stephane… i Alekno, to… straszne – De Georgi pokręcił z niedowierzaniem głową. – Okropne, nie wyobrażam sobie… – Nagle zamarł, jakby przypomniał sobie o czymć ważnym. – Ja ich słyszałem. Chyba. Tak mi się wydaję. – wychrypiał w końcu.
– Co proszę?  
– Słyszałem ich – powtórzył trener, pustym wzrokiem wpatrując się w swoje dłonie. – Wtedy, gdy się obudziłem.
– Co dokładnie słyszałeś? – dopytywała niecierpliwie Aśka.
– Najpierw rosyjskie przekleństwa. To musiał być Władimir. Potem był drugi głos. A dokładnie krzyk. Przeszywający do kości wrzask.
– Stephane…

***

Kubiak spojrzał pytająco na Bienia. Bieniu odwrócił wzroki spojrzał na Zatiego. Zati zaczerwienił się i zerknął z powrotem na Kubiaka. Michał westchnął więc głęboko i w końcu uniósł głowę, patrząc prosto w oczy równie zdezorientowanego Sharona Venron-Evansa.
Było ich sześciu – trzech Polaków, trzech Kanadyjczyków. Siedzieli przy długim dębowym stole, w ogromnej bibliotece IOS. Po jednej stronie Kubiak, Zatorki i Bieniek, po drugiej Sanders, Evans i Hoag.  Żaden z nich nie wiedział po co się tu znalazł, wszyscy chcieli pomóc. Polaków było trzech, bo pozostali siedzieli u fizjoterapeutów lub statystyków, Kanadyjczyków było trzech dokładnie z tego samego powodu.
Różnica była taka, że Polacy już się o swojego trenera nie musieli martwić, za to Kanadyjczycy nie mieli pewności, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczą.
– Będziecie tak siedzieć i gapić się na siebie w nieskończoność – ciszę w końcu przerwało kpiące prychnięcie Jenny, która siedziała u samego szczytu stołu.
– Nie bardzo wiemy, co mamy robić – powiedział niepewnie Michał, starając się uniknąć chłodnego spojrzenia trenerki.
– Nie powiedziałam wam? – Kobieta uniosła ze zdziwieniem brew. – W takim razie teraz powiem. Ale tylko raz więc uważajcie. Wiecie już o kluczach i magii. Waszym zadaniem będzie przeglądnięcie tych zbiorów – wskazała ręką na stojące wokół wysokie półki pełne książek. – I znalezienie czegoś, co może wskazać nam położenie źródła naszej mocy.
– Ale przecież tych książek jest tysiące! – krzyknął zszokowany Nicolas.
Jenny uśmiechnęła się szeroko, słysząc przerażenie w jego głosie.
– W takim razie czas brać się do pracy, chłopcy.


Przedstawiam wam rozdział piąty. Mam do niego neutralne podejście, bo do samego końca nie byłam pewna, co ma się w nim znaleźć. Mam nadzieję, że w miarę przypadł wam do gustu. 
Trochę smuci mnie mała ilość komentarzy pod ostatnim postem. Naprawdę dają mi one mega motywacje, szczególnie przy opowiadaniu jak to. 
Ode mnie na dzisiaj to tyle. 
Do następnego rozdziału! 
Pozdrawiam
Violin

wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział 4

Centrum dowodzenia było czymś, czym całe IOS mogło się chwalić przed wszystkimi tajnymi służbami czy agencjami. Duże, wysokie pomieszczenie zbudowane na planie  półkola, bez okiem, za to z najnowocześniejszymi ekranami powieszonymi na ścianie i kilkunastoma poziomami komputerów, zebranych wokół ogromnego, holograficznego modelu ziemi, który powoli kręcił się wokół własnej osi, słabo pulsując złotym światłem. 
Na co dzień pracowało się tu w systemie trzech zmian, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, ale w maksymalnie czterdzieści osób. Jednak tego dnia czerwony alarm postawił wszystkich pracowników na nogi, niezależnie od tego, czy już na nich byli, czy trzeba było ich siłą zwlekać z łóżka. 
– Chcę mieć wszystko o de Georgim. Gdzie, kiedy, co i jak. Dokładny. Na wczoraj – zażądała Aśka, idąc szybki krokiem między poszczególnymi stanowiskami. Mio panującego wokół totalnego chaosu i gwaru, jej głos był na tyle stanowczy, że zapewne słychać go było na samej Antarktydzie.  
– Wszystko jest już przygotowane. – Idący obok Arsene wręczył jej cieniutką teczkę. – Znaleziono go godzinę temu, jedenaście godzin od prawdopodobnego momentu zniknięcia, w Teksasie, w Stanach, niedaleko miasteczka Miristone. Znalazła go para miejscowych gliniarzy, leżał jakieś dwa kilometry od ostatniego domu. Leżał nieprzytomny przy drodze. Jest mocno poobijany i wycieńczony, ale nic mu nie będzie. Nasi ludzie w tamtym rejonie już go przejęli. Wykorzystamy odrzutowiec i przetransportujemy go tutaj. 
– Sam to załatwiłeś? – Uniosła pytająco brew. 
– To standardowa procedura w tego typu sytuacjach – odpowiedział beznamiętnie. 
– Przecież wiem – prychnęła. – Tylko cię sprawdzałam. – Uśmiechnęła się krzywo. – Rozumiem, że w takim razie de Georgiego mamy z głowy? 
– Przynajmniej dopóki się nie obudzi. Wtedy trzeba go będzie przemaglować, by coś nam łaskawie powiedział. 
– To potem – machnęła lekceważąco ręką. – Na razie pokarzcie mi tą cholerną wiadomość. 
Blain kiwnął głową, posłał znaczące spojrzenie młodej dziewczynie, siedzącej pryz jednym na stanowisko, a ta szybko nacisnęła kilka przycisków na komputerze. Ekrany zaszumiały i jednocześnie, na wszystkich pojawiło się to samo wideo. 
Cała sala, ponad dwieście osób – wszyscy w jednej chwili zamilkli. 

***

Michał Kubiak był z definicji człowiekiem dobrym. Pomagał staruszkom przejść przez ulicę, udzielał się charytatywnie, lubił dzieci, zimą dokarmiał  biedne ptaszki, zdejmował sąsiadkom koty  z drzew, a jeśli tylko ktoś miał jakiś kłopot, on od razu leciał, by pomóc. Czuł wewnętrzną potrzebę by być dobry i gdyby ktoś miałby go porównywać do super bohatera, najprawdopodobniej zostałby Kapitanem Ameryką.  
Dlatego też nie mógł od tak po prostu zostawić sytuacji samej sobie. Gdy dotarła do nich informacja, że znaleziono Fefe, wszyscy siatkarze odetchnęli z ulgą. Niektórzy uznali., że to koniec tej afer, mogą się wyluzować i tylko czekać, aż ich trener łaskawie się obudzi, by kontynuować treningi. 
Ale dla Kubiaka to była tylko jedna trzecia sukcesu. Przecież w rękach wroga nadal było dwóch trenerów.  A jednego z nich znali przecież bardzo dobrze! Nie mógł tego tak po prostu zostawić. 
– Panowie, musimy coś zrobić. 
Siedzieli w jednym z małych pokoi w bloku mieszkalnym. On, Kurek, Bieniek, Zati, młody, pełen energii Lemański, praworządny Buszek i Oskar. Oczywiście Michał mógłby wciągnąć w tę sprawę wszystkich zawodników i cały sztab, ale na razie wolał tego nie robić. Co za dużo, to nie zdrowo, a on nie miał jeszcze dokładnie zdefiniowanego planu. 
– Ale co? – wzruszył ramionami Rafał. – Przecież to kompletne szaleństwo. Jeszcze dzisiaj rano siedzielibyśmy sobie, jak gdyby nigdy nic w hotelu i naszym jedynym zmartwieniem było, czy wyrobimy się z formą na mistrzostwa, a teraz, zaledwie siedem godzin później znajdujemy się w bazie IOS, bajeranckiej organizacji, która mówi nam, że całemu naszemu światu grozi jakieś potworne niebezpieczeństwo. W ciągu tych zaledwie siedmiu godzin nasz szkoleniowiec został porwany przez bandę demonicznych szaleńców, potem przez nich zwrócony, bo okazało się, że jest zbędny, dowiedzieliśmy się, że magia istnieje, a ci sami szaleńcy chcą ją zdobyć, by przejąć władze nad światem. I ty chcesz coś zrobić! – krzyknął żałośnie. 
Michał jedynie posłał mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń, a przyjmujący momentalnie zamilkł. 
– Panowie, to jest wojna! Musimy coś zrobić. To nasz obowiązek! – powtórzył kapitan, dla podkreślenia swoich słów wstając gwałtownie i dumnie wypinając pierś do przodu.  – Nie możemy po prostu siedzieć bezczynnie, z założonymi rękami, gdy na naszą przyszłość i przyszłość naszych dzieci czai się zło. Nie możemy!
– Wszystko fajnie, ale chyba o czymś zapomniałeś – wtrącił się Kurek. – Zło złem, ale nikt nie odwołał mistrzostw. Nie możemy tak po prostu rzucić wszystkiego i wyruszyć na poszukiwania Alekny i Antigi. Wiem doskonale, ze o chciałeś zrobić. – Pogroził przyjmującemu placem, gdy ten lekceważąco przewrócił oczami. Musimy trenować! 
Kubiak prychnął z irytacją. Ze też jego koledzy muszą zawsze wynajdywać jakieś bezsensowne przeszkody. 
– To macie jakieś inne pomysły? – Z rezygnacją znów usiadł na swoim łóżku. 
– Może po prostu pójdźmy do Asi i zapytajmy się, co możemy zrobić – zaproponował Leman. – Ona na pewno znajdzie nam jakieś odpowiednie zajęcie, które nie będzie wymagało od nas przerwania treningów. 
Michał spojrzał na niego spod przymrużonych powiek i w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 
– Nie głupie, choć nie wiele lepsze od nic nie robienia – mruknął. – Oskar, co o tym sądzisz? 
Wyrwany z otępienia Kaczmarczyk, wzdrygnął się mimowolnie, słysząc ponaglający głos kapitana. 
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Nie brzmi źle. A mamy jakieś inne opcje?
Wszyscy w szóstkę zgodnie pokręcili głowami. 
– W takim razie nie mamy innego wyjścia. 
Kubiak przez chwilę wpatrywał się w niego z niedowierzeniem, ale w końcu westchnął głęboko i machnął z zrezygnowaniem ręką. Liczył na lepszy odzew ze strony kolegów, ale przecież nikogo do niczego nie mógł zmusić. Zresztą najważniejsze było logiczne myślenie, a to rozwiązanie wydawało się całkiem niezłym kompromisem. 
– Niech wam będzie – mruknął w końcu. – W takim razie misja na dziś – znaleźć i pogadać z Aśką Mazowiecką! 

***

Powinna coś zrobić. Odwrócić się, wygłosić pokrzepiającą mowę, a potem działać. Szybko i skutecznie. Jak prawdziwy dowódca. Jednak zamiast tego tępym wzrokiem wpatrywała się w ogromny ekran, nerwowo przygryzając dolną wargę. 
– Puść to jeszcze raz – kazała, nawet nie patrząc na stojących za nią pracownik. 
Arsene Blain posłusznie nacisnął jeden z przycisków, a na monitorze pojawiła się twarz demona. 
A raczej mężczyzny, wzorowanego na demona. Szerokie bary, kanciasta szczęka, skołtunione, czarne włosy, długa broda i szaleńczy błysk w oku, nadawały mu wygląd stworzenia z piekła rodem. Mówił zachrypniętym głosem, cały czas uśmiechając się kpiąco.
– Mogę wam się przedstawić. Ale po co? Nie jest wam to potrzebne do szczęścia. Wystarczy, że będziecie wiedzieć, że mamy dwa klucze, a także wiemy, jak ich użyć. Wy macie kolejne cztery. Jednak dla mnie to żaden problem. Mam ludzi, sprzęt i kilkanaście nadprzyrodzonych istot na swoje usługi. Zniszczę was od tak. – Lekceważąco pstryknął palcami. – Ale daję wam szansę. Jedną. Oddacie nam pozostałe klucze, a ja oszczędzę wasze nędzne życia. A jeśli mi nie wierzycie… – wyszczerzył się obrzydliwie i znów pstryknął. Ekran zgasł na chwilę, a po sekundzie ukazały się na nim dwa zdjęcia. 
Aśka już po raz drugi w ciągu zaledwie dziesięciu minut ze świstem wciągnęła powietrze. Ktoś z tyłu głośno przełknął ślinę. 
Prawe zdjęcie przedstawiało Aleknę. Drugie Antigę. Obydwaj byli poturbowani. Pobicie. Władimir był przytomny. Siedział pod ścianą i pustym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Miał rozciętą wargę. Podbite oko. 
Stephane leżał skulony na kamiennej posadzce. Z jego sztabowej koszulki pozostały strzępy. Ramiona pokryte niebieskimi i żółtymi siniakami, włosy sklejone krwią. Ledwo rozwarte usta były sine, lewą rękę miał wykręconą pod nienaturalnym kątem. 
– A to dopiero mała cząstka tego, do czego jesteśmy zdolni – na ekranie znów na sekundę pojawiła się twarz złoczyńcy. – Daję wam wybór. Macie siedemdziesiąt dwie godziny. Szczegóły dostaniecie niedługo. – Zaśmiał się złowieszczo, a potem ekran ostatecznie ogarnęła ciemność. 
Cisza, która zapadła, trwała dokładnie siedem sekund. Siedem długich sekund, w czasie których słychać było szaleńcze bicie serca każdego pracownika IOS, a nawet tej cholernej muchy od kilku dni latającej pod sufitem. 
I nagle ktoś załkał i jakaś kobieta rozszlochała się przerażona. Jej roztrzęsione łkanie poniosło się po pomieszczeniu. Ktoś chwycił ją za ramię, ktoś inny szybko wyprowadził, by uspokoić.  
– Co robimy?
W końcu padło to pytanie, którego obawiała się najbardziej. Zadał je Arsene. Nie Ivan. Ivan nie zadawał głupich pytań. 
Przełknęła ślinę. Cicho odetchnęła. Tak, by nikt nie słyszał. Kamienna twarz. Proste plecy. Silne, odpowiedzialne. Koniec kropka. 
– Namierzysz skąd wysłano film? – zapytała głosem zupełnie wypranym z emocji. 
– Mniej więcej – Francuz wzruszył ramionami. 
– Zrób to – nakazała i dopiero wtedy odwróciła się do reszty pracowników. – Wracajcie do pracy. Kod czerwony nadal obowiązuję. Zwiększajcie ochronę. Chcę mieć pewność, że wszyscy sportowcy będą bezpieczni. Brać się do roboty, ale już! – starała się brzmieć stanowczo i chyba tak brzmiała, bo prace w sekundzie ruszyła i znów zapanował gwar.  Aśka przez chwilę przypatrywała się pracownikom, by po chwili przygładzić swoją marynarkę i wyjść pewnym krokiem, nie oglądając się za siebie. 
Dopiero na zewnątrz, w wąskich korytarzach bazy, złapał ją Ivan. 
– Jaki masz plan? 
– Dobry – odpowiedział, nie zatrzymując się.  – A przynajmniej dobry, jak na plan ułożony wciągu sześciu minut i trzydziestu dwóch sekund. 
– Całkiem nieźle. Jak na tak trudne warunki. 
– Nawet go nie usłyszałeś – prychnęła.
– Intuicja – wzruszył ramionami. – Bez niej bym nie przeżył.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Z jakiegoś powodu chłodne i logiczne słowa Ivana zawsze poprawiały jej humor. 
– Zaraz go poznasz – mruknęła. – Ale najpierw…  – przełknęła głośno ślinę. – Ale najpierw zbierz mi grupę specjalną. I każ przygotować Motylka.  
 
***

– Długo zamierzasz się gapić? 
– Jenny Lang Ping, jak zwykle miła i urocza. – Wagner, a raczej jego ektoplazmowa wersja, uśmiechnął się krzywo po czym przeleciał przez pół biblioteki, długiego, szerokiego pomieszczenia, wypełnionego wysokimi regałami, by w końcu zawisnąć w powietrzu tuż nad stołem Jenny. – Czy tobie zdarza się być dla kogoś… no nie wiem… miłym?
– Oczywiście, że się zdarza – prychnęła z irytacją. – Mniej więcej tak często, jak tobie. Leć sobie stąd. Próbuję pracować – machnęła dłonią i znów pochyliła się nad czytaną książką. 
– A nad czym tak pilnie siedzisz? – Pochylił się nad stołem, prawie przez niego przechodząc. – Nie widziałem wcześniej tej książki w zbiorach. Chyba nawet nie dotyczy siatkówki, nieprawdaż? 
– A nawet jeśli tak, to co? 
– Chcę wiedzieć – odpowiedział krótko. – To co…? Dowiem się, czy nie? Proszę… – Zatrzepotał przeźroczystymi rzęsami niczym nastolatka. 
Jenny przewróciła oczami. Mogła przewidzieć taki obrót spraw. 
– Wyjaśnijmy sobie coś – zaczęła, z hukiem zamykając książkę. – Nie wiem czy zauważyłeś, ale znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. Jeśli się nie pospieszymy zginie dwóch trenerów, wspaniałych ludzi z rodzinami, którzy nikomu nic nie zrobili. A jeśli nie uda nam się tego zatrzymać potem będzie tylko gorzej. Nie chcemy kolejnych ofiar. Ja chcę coś zrobić. Tak książka może mi w tym pomóc. Ale na pewno nie wtedy, kiedy ty będziesz mi przeszkadzał. Po jednym pytaniu będą następne. Więc łaskawie się odczep. 
– Ej, spokojnie! – Wagner uniósł ręce w obronnym geście. – Chciałem tylko być…  uprzejmy? 
– Ty? 
– Ja. Duchom też się zdarza. 
– Jakim duchom? – prychnęła. – Jesteś jedynym duchem w całej siedzibie. Ogólnie jedynym duchem jakiego znamy. Dlaczego? Dlaczego ze wszystkich trenerów akurat ty musisz nas nawiedzać? 
– Nie wiem – wzruszył ramionami.  – Może po prostu ktoś chciał, bym uprzykrzał ci życie. 
Jenny pokręciła głową z dezaprobatą. Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
– Jest chyba coś, co mógłbyś dla mnie zrobić – zaczęła, leniwie odchylając się na krześle. – Ale będziesz musiał opuścić bazę. I wykorzystać swoje zdolności – uśmiechnęła się chytrze. 
– A co będę miał w zamian? – Bardziej nasunął na czoło swój kapelusz niczym zawodowy gangster. 
– Moją dozgonną wdzięczność.

***
– Idzie! 
– Gdzie? 
– Tam, po prawej!
– Chowajcie się do  cholery! 
– Ale… 
Kurek był w głębokim szoku, gdy został chwycony przez Oskara za rękaw koszulki i wciągnięty za róg korytarza. Ukrywali się w szóstkę w głównym holu, niecierpliwie wypatrując Aśki. W końcu zauważyli ją, jak wychodzi z windy, jak zwykle w towarzystwie Ivana. 
– Dlaczego do niej nie podejdziemy? – zapytał szeptem Bartek, niepewnie wychylając się zza rogu. 
– Bo, jak to zrobimy wszyscy, to momentalnie ją zdenerwujemy – wyjaśnił szybko Buszek. – Lepiej jeśli pójdzie jeden z nas. 
– Tylko który? 
Zapadł cisza. Wzrok czterech siatkarzy i jednego trenera spoczął na Kubiaku. 
– O co wam chodzi? – przerażony Michał przezornie zrobił krok w tył. 
– Ty pójdziesz – odpowiedział rezolutnie Paweł. 
– Nie ma mowy! Niby dlaczego ja mam iść? 
– Jesteś siatkarzem, kapitanem drużyny, a ostatni sezon spędził w Japonii – zaczął wyliczać Zati. – Trochę więc na temat dyplomacji i robienia dobrego wrażenia wiedzieć musisz. Jeśli ktoś ma ją przekonać, to ty. 
– Ale… Oskara bardziej lubi – próbował wykręcić się przyjmujący. – Dłużej z nią pracował… 
– Michał… – znaczące spojrzenie libero mogłoby przestraszyć słonia. Kubiak przełknął głośno ślinę. W życiu nie spodziewałby się po Pawle takiej stanowczości. Bał się, co jeszcze może zaprezentować jeśli on nie zgodzi się wykonać zadania. 
Do tego był kapitanem. 
To był jego obowiązek. 
Odetchnął głęboko, wygładził i tak wymiętą za wszystkie czasy reprezentacyjną koszulkę, wyprostował ramiona, dumnie wypiął pierś do przodu i dopiero wtedy zrobił pierwszy krok. 
Prosto w paszczę lwa. 

***

Król Cieni ochlapał sobie twarz zimną wodą i swoim szaleńczym wzrokiem spojrzał w lustro. Wyprostował się dumnie. Miał pięćdziesiąt lat, nazywał się George Treen. Już dawno zapomniał kim był. Amerykaninem? Anglikiem? Szkotem? 
Zapomniał. To nie było ważne. 
Nie było ważne teraz i kiedyś. Wtedy, wiele lat wcześniej, gdy w jego głowie narodził się plan. Plan, który miał zniszczyć tych, którzy zniszczyli mu życie. Plan, który miał dać mu wszystko. 
Realizował go powoli. Sumiennie. Dokładnie. Przez lata zdobywał fundusze. Sojuszników. Tych ludzkich i tych, którzy pochodzili nie wiadomo skąd, lecz jego uznali za swojego władcę. Nie miał pojęcia, jak go widzą, jak uzyskał takie poszanowanie wśród nich. Może dzięki magii, którą dysponował? 
Teraz miał wszystko. Wszystko, by mógł nastąpić finał planu. Finał, który on miał wygrać. 
I nikt nie mógł mu przeszkodzić.


Przedstawiam wam czwarty rozdział tego opowiadania. Myślałam, że będzie w nim więcej Kubiaka, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że i tak w miarę wam się podobał. 
Dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod ostatnim rozdziałem. Każdy z nich był dla mnie ogromną motywacją. 
Serdecznie zapraszam też na moje pozostałe opowiadania, a także do zakładki "Wasze Blogi".
Pozdrawiam
Violin
PS Czy tylko mnie blogpsot ostatnio nie słucha?