wtorek, 14 listopada 2017

Rozdział 10

Evans nigdy nie był w Rzymie, ale czuł się całkiem nieźle, idąc wąskimi ulicami stolicy Włoch. Przed nim wesoło biegły dzieci Stephana, które na wieść, że zobaczą tatę, dostały świeżej dawki energii, a obok szło kilku kolegów z drużyny. Do miasta dostali się komunikacją podmiejską, a że Blair nadal nie powiedział im, na czym będzie polegać to specjalne zadanie, na razie zdecydowali po prostu odstawić rodzeństwo pod opiekę rodziców.
– Jak myślisz, w jakim stanie jest Stephane? – zapytał Sharon, idącego z tyłu TJ-a Sandersa.
– Skoro się obudził, to musi być nieźle, będzie żył – odpowiedział rozgrywający, nie odrywając wzroku od swoich butów.
– Nie chodzi mi o stan fizyczny – pokręcił głową atakujący. – Mam na myśli… no wiesz… tak naprawdę, to nie wiemy, co oni mu zrobili… i jak to na niego wpłynęło.
– Boisz się, że to zniszczyło psychikę Stephana? Albo coś w tym stylu? – Sanders uniósł pytająco brew, a drugi siatkarz przytaknął nieśmiało. – Nie możemy tego wykluczyć, ale pamiętaj, że Antiga to silny chłop. Skoro przetrwał polskie piekiełko, to przetrwa wszystko! – zaśmiał się z własnego żartu, ale zaraz spoważniał, widząc zaniepokojoną twarz kolegi. – Posłuchaj, Sharon – zwrócił się do niego uspokajającym tonem. – Wiem, że się martwisz, wszyscy się martwimy. Przez te kilka miesięcy Stephane na stałe wpisał się w naszą siatkarską rodzinę. Wiem też, że łączy was specyficzna więź, której nawet sam nie do końca potrafię zdefiniować. Ale wierz mi – takie zamartwianie się do niczego nie prowadzi. Lepiej patrzeć optymistycznie w przyszłość. – Poklepał chłopaka po ramieniu, a ten niepewnie pokiwał głową. Chciał chyba nawet coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie doszli do szpitala, nowoczesnego, przeszklonego budynku, jakby na siłę wepchniętego między stare kamienice. Weszli do środka, a w recepcji już czekała na nich Aśka.
– Widzę, że łaskawie posłuchaliście mojej prośby i nie przybyliście tu całą bandą – zakpiła, patrząc na pięciu siatkarzy. – Jednak dobrze was widzieć. I dzieciaki też! – dodała, już z uśmiechem przytulając Manoline, a z Timim wymieniając skomplikowany układ żółwików i piątek, od którego Evansovi aż zaczęło się kręcić w głowie.
– I co z Stephanem? – zapytał Artur Szwarc, wyrywając się przed kolegów.
– Nie jest źle – uspokoiła go szybko kobieta. – Jest przytomny, oddycha samodzielnie. Ma co prawda bardzo nieładnie złamaną rękę i trochę obrażeń wewnętrznych, ale lekarze twierdzą, że jeśli jego organizm będzie się regenerował, to w przeciągu dwóch tygodni do was wróci.
– Ale możemy zobaczyć się z tatą? – zapytała Manoline, z nadzieją patrząc na „ciocię”.
– Wy tak, ale niestety chłopcy będą musieli obejść się ze smakiem. Na razie tylko rodzina. – Uśmiechnęła się przepraszająco do zawodników. Ci odpowiedzieli nieśmiałymi skinięciami głów, a potem pożegnali się grzecznie i opuścili szpital.
– To co teraz, Blair? – zapytał De Rocco, gdy już spokojnie szli jedną z uliczek Starego Miasta.
– Teraz dochodzimy do momentu, który może być przełomowy dla naszego życia. A przynajmniej niezwykły – zaczął podniośle Bann. – Zacznijmy jednak od początku. Dziś rano zadzwonił do mnie Kubiak…
– Ten Kubiak? – Jason uniósł pytająco brew.
– A znasz innego? – prychnął libero.
– No nie.
– Więc, co się pytasz?
– Ja tylko chciałem…
– To nie chciej.
– Blair, do cholery, mów w końcu, o co chodzi – Ich gwałtowną wymianę zdań przerwał zniecierpliwiony Sanders.
– Dobrze, już mówię – uspokoił go szybko libero, a potem powoli, akcentując dokładnie każde słowo, opowiedział kolegom, czego  dowiedział się od polskiego kapitana. Mówił o portalach kluczach i bardzo ważnej misji – jak najszybszym znalezieniu magicznych portali.
– Sęk w tym, że te miejsca są strasznie porozrzucane po świecie, ale my mniej więcej znamy ich położenie. Polacy szukają tego w Krakowie, a my mamy znaleźć ten Rzymski. Bo dlaczego niby nie! – klasnął wesoło i uśmiechnął się szeroko.
Pozostali wymienili znaczące spojrzenia. Jakoś nie bardzo podzielali entuzjazm kolegi, choć nie wątpliwie był on godny podziwu.
– Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że Rzym jest naprawdę, ale to naprawdę ogromnym miastem? – zapytał niepewnie Artur.
– Oczywiście, oczywiście – przytaknął Blair. – Ale spokojnie, zaufajcie mi, a ja… – uśmiechnął się chytrze, zacierając ręce niczym najwytrwalszy złoczyńca. – A ja doprowadzę nas wszystkich do wielkiego triumfu!

***

Prowizoryczne centrum dowodzenia utworzyli w sali konferencyjnej spalskiego ośrodka. Zebrali wszystkie mapy Krakowa jakie udało im się zdobyć, pięć laptopów i tyle telefonów, że kiedy cały ten sprzęt podłączyli do prądu, doszło do zwarcia i pozbawili prądu najbliższą okolice, plus wywołali nieuzasadniony atak paniki względnej Bartosza Kurka vel „Kurasia”.  Na szczęście elektryką wszelaką zajęli się odpowiedni spece, a na chowającego się pod stołem siatkarza wystarczył kubeł zimnej wody od pani Wiesi z recepcji.
Żeby nie było – pomysłodawca takiego rozwiązania, Dziku we własnej osobie, szerzej znany jako Michał Kubiak, ma dożywotni zakaz zbliżania się do kolegi na odległość bliższą niż długość kija od miotły.
Tak orzekł sąd rejonowy w Pcimiu Środkowym
Bo te w Dolnym i w Górnym były zajęte.
– Podsumujmy wszystko, co mamy – zaczął wspomniany wcześniej przyjmujący, kiedy ogólny chaos został ogarnięty, jego koledzy w końcu łaskawie usiąść, a on mógł pochodzić w kółko jak prawdziwy, profesjonalny myśliciel. – Wiemy, że portal jest w Krakowie. Czy mamy jakieś podejrzenia, gdzie dokładnie? – zapytał prosto z mostu. Wiedział doskonale, że muszą się spieszyć – mogło się walić i palić, wulkany mogłyby wybuchnąć, a dinozaury ożyć, ale De Georgi i tak nie odpuściłby im treningu, w końcu Mistrzostwa Europy same się nie wygrają, czyż nie?
                – Może na Starym Mieście? – zaproponował Bieniek. – W końcu musi być naprawdę wiekowy, no nie wiem… może nawet starożytny? Co myślicie?
                – Mów dalej, mów dalej – Kubiak z aprobatą pokiwał głową, jednocześnie w zamyśleniu drapiąc się po brodzie.
                – Załóżmy, że te portale musiały być dobrze chronione. Logiczne więc, że budowano wokół nich coś, co mogło je chronić. A potem wokół tego czegoś wybudowano całe miasto? Według mnie powinniśmy więc zdobyć jak najstarszy plan miasta…
                – Znaczy, przeszukać wujka Google – prychnął pod nosem sceptycznie nastawiony do całego świata Drzyzga.
                – I potem przejść się uliczkami i poszukać czegoś podejrzanego – kontynuował niewzruszony Mateusz.
                – Możemy sprawdzić kościoły – zaproponował Kuba Kochanowski. – Są zapewne jednymi z najstarszych budynków mieście. A wiecie, taki mały kościółek na uboczy jest najlepszym miejscem do ukrycia broni światowego rażenia. – uśmiechnął się krzywo.
                – Jestem z was dumny, panowie, niewątpliwie zawęziliśmy nasz krąg poszukiwań – powiedział Michał, siadając w fotelu ojca dyrektora, to znaczy starym drewnianym krzesełku, pokrytym zieloną tapicerką, którą ktoś dawno temu ubabrał coca-colą. – Ale to jeszcze nie koniec. FTwierdziłeś, że zauważyłeś na tej kartce coś jeszcze. Co to takiego?
– Runy – odpowiedział pewnie Drzyzga. – Tekst został umieszczony na tle bardzo bladych znaków. Tylko ja je zauważyłem – wypiął dumnie pierś.
– Co mogą oznaczać?
– Nie wiem. Ale na pewno są bardzo, bardzo ważne.
– A ja chciałbym zwrócić uwagę na coś innego – wtrącił się Lemański. – Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że walczymy z wielką, złą organizacją, kierowaną przez psychopatę! Mogą nas zabić bez większego problemu, a my nawet nie mamy nawet jak się bronić!
Siatkarze wymienili zdenerwowane spojrzenia. W tym momencie dotarło do nich, że środkowy ma cholerną racje.
– To już zostawcie mnie!
Wszyscy nieznacznie podskoczyli na krzesłach, gdy jakby znikąd w pomieszczeniu pojawił się Wojtek.
– Nie mógłbyś nauczyć się pukać? – zapytał poirytowany Drzyzga, odruchowo poprawiając starannie układaną rano fryzurę.
– Ale wtedy nie byłoby całej zabawy! – zaśmiał się opiekun reprezentacji. – Spokojnie, ja tylko na chwilę wpadłem. Mam dla was dwie wiadomości, dobrą i złą, od której chcecie zacząć? – spojrzał na siatkarzy, uśmiechając się chytrze.
– Oczywiście, że dobrą! – wykrzyknęli chórem zawodnicy, którzy przynajmniej w tej kwestii byli zgodni.
– Załatwię wam odpowiednią broń i przeszkolenie. Zarządzenie IOS. Nie musicie dziękować.
– A ta zła wiadomość?
– No wiecie… – Wojtek z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Musicie już wracać na trening. Bo jeśli chcecie znaleźć portal, to najpierw musicie sobie ten Kraków wywalczyć.

***

Jenny bezmyślnie obracała w dłoni swój kluczyk, jednocześnie pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. W bibliotece panowała zupełna cisza. Emocje związane z wydarzeniami ostatnich dni już opadły, trenerzy wrócili do domów, a „Mściciele na razie nie dawali znaku życia, tak jak zapowiadał Ivan. Choć nadal utrzymywano podwyższony stopień ochrony, to życie w IOS wróciło na właściwy tor.
Ale Jenny cały czas musiała być skupiona.
– To nie było trudne zadanie.
Nagle tuż przed nią, ze środka blatu wyłonił się duch Wagnera.
– Nie mówiłam, że będzie trudne A już na pewno, że nie dla ciebie – uśmiechnęła się kpiąco. – Czego się dowiedziałeś?
– Szósty portal znajduje się w środku dżungli. Jest trudno dostępny, prawie więc niemożliwe, by normalny człowiek się tam dostał. Pod tym względem ulokowano go zdecydowanie lepiej niż pozostałe.
– Dżungla stanowi naturalną barierę – mruknęła pod nosem Chinka.
– Dokładnie.
– Czyli możemy uznać, że tożsamość szóstego strażnika nadal może pozostać nieznana?
– Tak będzie najlepiej.
Zapadła cisza. Ale nie ta niezręczna, cisza między dwojgiem inteligentnych ludzi, rzadko jest niezręczna.
– Dobrze się spisałeś, Wagner – powiedziała nagle Lang – Ping. – Gratuluję.
– Bardzo dziękuję. – Duch podleciał wyżej i ukłonił się szarmancko, uchylając kapelusz. – Usłyszeć te słowa od tak wspaniałej kobiety, to prawdziwy zaszczyt.
– Nie bajeruj mnie tutaj – prychnęła Jenny. – Chcesz wiedzieć, co z Stephanem?
– Jeśli dane mi będzie, że podzielisz się tą informacją…?
– I tak byś ją zdobył.
– Czy coś ukryje się przed twoim jasnym umysłem?
Kobieta znów przewróciła oczami. Czasami Wagner podnosił jej ciśnienie, a jego niematerialność była wyjątkowo przydatna.
– Ku naszej ogólnej radości, Antiga doszedł do siebie. Będzie żył – odpowiedziała spokojnie. – Wystarczy?
– Wystarczy, dziękuję – kiwnął głową Wagner. – Myślisz, że przyda nam się nam się jeszcze do czegoś?
– Możliwe – wzruszyła ramionami trenerka. – Wolałabym jednak, by o nim zapomniano. Mściciele nie powinni się już nim interesować, w końcu wszystko im powiedział. A przynajmniej mam taką nadzieję.
– A co z siatkarzami?
– Nad portalami pracują dwie reprezentacje, Kanadyjska i Polska. Wierzę, że sobie poradzą.
– Nikt nie podejrzewa, że mogą mieć z tym coś wspólnego. O to ci właśnie chodziło, prawda?
– Owszem.
– Jesteś genialna, Jenny. Po prostu genialna.


***

Przez przeźroczystą szybę w sali, do której przeniesiono Stephana, Aśka uważnie obserwowała przyjaciela. Wiedziała, że jej nie widzi. Tak naprawdę, to nie była to zwykła szyba, a lustro weneckie, o które poprosiła w tajemnicy. Chciała postawić przed salą strażników, a była pewna, że trener nigdy się na to nie zgodzi. Musiała więc działać za jego plecami, by po prostu zapewnić mu bezpieczeństwo.
– Czyż nie wyglądają uroczo?
Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy zupełnie nagle usłyszała za sobą chłodny głos Ivana.
– Niewątpliwie – przytaknęła, nie odrywając wzroku od scenki po drugiej stronie. Dzieciaki właśnie skończyły opowiadać tacie, co robiły przez ostatnie dni i teraz cała rodzina grała w wytrzaśnięte nie wiadomo skąd Monopoly. Byli tacy beztroscy. W nogach łóżka siedziała uśmiechnięta od ucha Manoline, a metalowy taboret w niczym nie przeszkadzał Timiemu śmiać się głośno, gdy przesuwał swój pionek. Stephane, który jakby nagle ozdrowiał, czule obejmował ramieniem swoją żonę, a co kilka sekund pochylając się, by pocałować ją szybko, z ulgą wymalowaną na twarzy. Sama Stephanie też odzyskała utraconą energię i spokój, teraz w końcu znów zaczęła przypominać tę pewną siebie, ogarniętą i po prostu szczęśliwą dziewczyną, którą Asia poznała wiele lat temu.
– Nie zazdrościsz im tego? – zapytał niespodziewanie Rosjanin.
– Czego?
– Tej miłości. Ciepła. Rodziny. Że mają do kogo wracać po pracy.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami Mazowiecka, nawet nie patrząc na mężczyznę. – A ty?
– Przez te wszystkie lata nauczyłem się nie zazdrościć – odpowiedział chłodno Ivan. – To do niczego nie prowadzi, a tylko utrudnia logiczne myślenie.
– Masz racje – przytaknęła.
– Myślisz o niej – To nie było pytanie. Nie musiał pytać, doskonale ją znał.
– I znów masz rację.
– Tęsknisz za nią?
Milczała przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– To tylko utrudnia logiczne myślenie.

***

Król Cieni podniósł głowę i zmierzył wzrokiem swojego człowieka. Młody chłopak, nie wyróżniający się, tak normalny i przeciętny jak tylko mógłby być. Żadnych znamion, dziwnych fryzur, czy kontrowersyjnego zachowania.
Był idealny, wręcz za idealny.
– Wiesz, co masz robić? – zapytał go władca.
– Wiem, cały czas to robię – odpowiedział spokojnie chłopak.
– Oni nie wiedzą?
- Nawet się nie domyślają.



W końcu zebrałam się i napisałam rozdział dziesiąty. Jest on jaki jest, z niektórych fragmentów jestem bardziej zadowolona z innych mniej, ale ogólnie czuję, że jest okej. 
A wy? Jak wam się podobało? Co stanie się dalej? 
Ode mnie to tyle. Zapraszam też na mojego drugiego bloga http://littlehopelittlelove.blogspot.com/
Pozdrawiam
Violin 

środa, 25 października 2017

Rozdział 9

– Dobra, Bieniu, pokaż mi do cholery, co my tam znaleźliśmy? - Kubiak usadowił się wygodnie w miękkim fotelu.
Do Polski wracali na pokładzie jednego z najnowocześniejszych odrzutowców IOS, co było zdecydowanie wygodniejsze od teleportacji, a przynajmniej tak twierdził Dzyzga, który robił się zielony na samą myśl o tak gwałtownej zmianie swojego położenia.
– Ja tam nic z tego nie rozumiem – stwierdził Mateusz, podając koledze telefon. – Jakieś dziwne znaczki, wzorki, ty tu się z Japończykami kumplujesz, nie ja.
– Stary, to nie Japoński, może nie mówię, ale tego jestem pewien – mruknął przyjmujący, uważnie oglądając zdjęcia. – Czekaj… znaczki, znaczki, znaczki… o, a ten język to chyba znam! – krzyknął nagle uradowany, ku zdziwieniu swoich kolegów i sztabu, nie wtajemniczonych w całe przedsięwzięcie. – Oskar, chodź tu! – Machnął niecierpliwie drugiego trenera. – Pomocy potrzebuję i to już, natychmiast!
Kaczmarczyk uniósł pytająco brew, spojrzał z zaskoczeniem najpierw na Piotra Gruszko potem na De Gieorgiego, który uparł się, że wróci z drużyną i dopiero, kiedy w ich oczach zobaczył równie wielkie zdezorientowanie niepewnie podniósł się ze swojego fotela.
– O co chodzi? – zapytał, zaglądając Kubiakowi przez ramię.
– Mógłbyś nam to przetłumaczyć? – Michał wcisnął mężczyźnie do ręki telefon. – Poprosiłbym Fefe, w końcu to włoski, ale jakoś… trochę mi nie zręcznie po tym, co się stało – przybrał minę smutnego szczeniaka
Oskar otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i z cichym westchnięciem zabrał się za czytanie. Z każdą kolejną sekundą, w której jego wzrok sunął po maleńkich literkach, były statystyk wydawał się być coraz bardziej zdezorientowany.
– Nie wiem skąd to wytrzasnęliście, ale jest co najmniej dziwne – powiedział w końcu, oddając Michałowi telefon. – Na tej kartce jest napisane, że źródłem magii IOS jest sześć portali. Do każdego portalu potrzebny jest klucz. Klucze pilnowane są przez strażników. Wszystko zgadza się z tym, co powiedziała Aśka, tylko że…
– Tylko, że co?
– Tylko, że jeden z tych portali jest w Krakowie.
Kubiak zamrugał gwałtownie. Z niedowierzaniem spojrzał najpierw na Kaczmarczyka, potem, na Bieńka, a na końcu na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
– Bieniu! już wiem, co będziemy dzisiaj robić!

***

Hubert Wagner nie był głupim duchem, tak samo jak nie był głupim człowiekiem. Mógł droczyć się i sprzeczać z Lang Ping, ale potrafił docenić dobry pomysł. A jej pomysł zdecydowanie zaliczał się do tych cokolwiek lepszych. Obydwoje doskonale wiedzieli, że jeśli chodzi o personel, to IOS cierpi na wieczne braki kadrowe. Obsługiwanie tylu dyscyplin, tylu sportowców sprawiało, że znalezienie dodatkowych, zaufanych ludzi do brudnej roboty graniczyło z cudem. Jenny postanowiła więc wykorzystać podopiecznych organizacji , a dokładniej polskich siatkarzy. Jak postanowiła tak też zrobiła i niczego nieświadomi zawodnicy wyruszyli do Polski na poszukiwania pierwszego portalu, przekonani, że już go znajdą, zaskoczą wszystkich i staną się bohaterami, niemal bogami.
Złudne marzenia, pic na wodę, fotomontarz, wszystko zostało zaplanowane.
Oczywiście słynna pani trener miała też zadanie dla swojego „ukochanego” duszka. Dlatego też, kiedy Kubiak z Bieniek na pokładzie samolotu powrotnego do Warszawy rozkminiali, dziwne znaczki na zdobytej kartce, on przedzierał się przez gęstą puszczę południowych Indii.
Wokół niego panowała zupełna cisza. Zbliżał się wieczór, przeminęły najgorsze upały, ale jedynie niezniszczalne robaki, bzyczały gdzieś w oddali, a wyrastające nie wiadomo skąd kolorowe kwiaty, łypały na trenera ogromnymi płatkami. Choć przeciętny człowiek, by przedrzeć się przez taką puszczę, to akurat trener po prostu unosił się te kilkanaście centymetrów nad ziemią i przenikał przez kolejne drzewa z miną znudzonego życiem gimnazjalisty. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko kawy w papierowym kubeczku.
Szczególnie, że tutaj mógłby się nią cieszyć, nie wysłuchując nad uchem narzekających pań sprzątających.
Zielony gąszcz rozstąpił się nagle, a Wagner znalazł się na niewielkiej polanie gdzieś w środku dżungli. Na jej skraju leżała kupa porośniętych mchem kamieni, w których tylko obdarzony wyjątkowo barwną wyobraźnią archeolog dostrzec by mógł starożytną świątynie, ukrytym bardzo niebezpiecznym portalem.
Były trener nie musiał sobie tego wyobrażać – on to po prostu wiedział. Podleciał do ruiny i wniknął w głąb ziemi, by po sekundzie wyłonić się w niewielkiej, kamiennej komacie.
Zmarszczył brwi, dokładnie skanując pomieszczenie wzrokiem. Przedzierające się przez otworzy przy suficie światło, słabo oświetlało wyblakłe malowidła na ścianach, kolorowe kafelki, którymi pokryto podłogę, popękały na setki maleńkich części. Na samym środku stał metrowy, granitowy obelisk z wykutym z boku otworem w kształcie klucza.
Wagner uśmiechnął się szeroko. Wykonał swoje zadanie, reszta należała do Jenny.  

***

Ciemność nie rozstąpiła się nagle, tak, jak to bywa na filmach. Tak naprawdę, to w ogóle się nie rozstąpiła. Najpierw Stephena usłyszał dźwięki. Ledwo słyszalne, z trudem przedzierające się przez ciszę. Szum jakiś urządzeń, monotonne pikanie, czyjś szloch. Nic niezwykłego, noc, co by nim wstrząsnęło.
Potem zaczął odzyskiwać czucie. Poczuł palce u stóp, mięśnie nóg, niczym elektryczny impulsy, jego mózg zaczął odbierać informacje ze wszystkich części ciała. Powoli docierało do niego, że to jego ciało, że znów je czuje, że znów jest sobą.
Że chyba żyje.
Dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie kim jest, otworzył oczy. Z trudem, niechętnie, ledwo unosząc powieki. Ostre światło lamp uderzyło w jego źrenice. Zdezorientowany zachłysnął się powietrzem, a raczej gwałtownie zakrztusił wetkniętą w gardło rurką.
To go zaskoczyło. W jednej chwili stracił panowanie nad tym, co się dzieje, miotał się po wąskim łóżku, rozpaczliwie próbując złapać powietrze. Zdezorientowany, zrozpaczony nie rozumiał, co się dzieje. Jego płuca płonęły żywym ogniem, a wokół niego zapanował chaos. Ostre światło, czyjś krzyk, podniesione głosy…
W końcu ktoś wyjął mu to coś z gardła. Zdesperowany zaczerpnął tlenu, a potem opadł na poduszki, oddychając ciężko.
– Stephane…
Odwrócił powoli głowę, słysząc tak doskonale znany głos. Obok łóżka stała Stephanie, jego Stephanie, blada jak duch, z podkrążonymi oczami i niedbale związanymi włosami. Na widok żony w takim stanie, serce trenera zabiło mocniej i momentalnie wypełniło się przerażeniem.
– Co się sta…?
I nagle sobie przypomniał. W jednej sekundzie jego umysł zalały obrazy ostatnich dni. Ciemny, obskurny loch, brzęk metalowych prętów, odgłos rozdzieranej skóry, łamanych kości i ból, ogarniający całe ciało, nieludzki ból.
Załkał bezgłośnie, gdy każda komórka jego ciała przypomniała sobie o wszystkim. Załkał raz, drugi, trzeci, a jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, po policzkach spłynęły łzy. Znów znalazł się w tamtym miejscu, na nowo przeżywał ten sam koszmar.
– Już dobrze, Stephane, już jesteś bezpieczny. – Przerażona Stephanie, chwyciła drżącą dłoń męża i uśmiechnęła się uspokajająco. – Już wszystko dobrze, nikt cię nie skrzywdzi – mówiła niczym do małego dziecka.
Oddech mężczyzny uspokoił się powoli, serce zwolniło. Dotarło do niego gdzie jest i co się stało.  Zamknął oczy, starając się odzyskać równowagę, a ona cały czas czule głaskała wierzch jego dłoni. Wokół krzątali się jacyś lekarze, pielęgniarki, ale trener zupełnie nie zwracał na nich uwagi. W tamtym momencie liczyła się tylko siedząca obok kobieta.
– Stephanie…. – szepnął słabo, nieznacznie uchylając powieki. – To ty? To naprawdę ty?
– T–Tak – odpowiedział niepewnie, trochę zaskoczona takim pytaniem. – To ja…
– I nic ci się nie stało, prawda? Przez ostatnie dni… Nie dorwali cię prawda? – W jego głosie, choć cichym, ledwo słyszalnym, wyczuwalna była desperacja, przerażenie.
Stephanie już otwierała usta, by szybko uspokoić męża, ale w tym momencie drzwi do pomieszczeni otworzyły się powoli, a personel w środku zamarł, jakby ich coś zmroziło. Stephane nieznacznie obrócił głowę, zdziwiony ich reakcją.
I wtedy jego ciało przeszył zimny dreszcz. Nie, nie na widok stojącej w progu Aśki, lecz na widok kartki, którą trzymała w dłoni.
Kartki, którą doskonale znał.
Wciągnął gwałtownie  powietrze, odwrócił wzrok od ukochanej żony, a potem… a potem po prostu rozpłakał się jak małe dziecko.

***

– Kiedy wróci mama?
Znudzony Sharon podniósł wzrok znad swoich tostów i zdezorientowany spojrzał na siedzącą naprzeciwko Manoline.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Pewnie nie długo. – Uśmiechnął się nerwowo, a potem znów wbił spojrzenie w śniadanie, jednocześnie czując, że dziewczynka spogląda na niego zawiedziona.
Przełknął głośno ślinę. Zarazem dla niego, jak i dla pozostałych członków drużyny ostatnie dni były ciężkie. Już po pierwszych minutach treningu, który prowadził Dan, wszyscy stwierdzili, że to bez sensu – byli zbyt roztrzęsieni, by móc skupić się na pracy, żaden nie potrafił pogodzić się z tym, co się stało. Świadomość tego, że mogą już nigdy nie zobaczyć swojego trenera żywego, nie pozwalała im normalnie funkcjonować. Wiedzieli, że nawet teraz, gdy Stephane został odnaleziony, nie mogą spać spokojnie.  
Chcąc zająć czymś myśli, nieudolnie starali się znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu skończyło się na tym, że zgłosili się do opieki nad Timim i Manoline. O dziwo była to całkiem przyjemna robota, a w roli „niańki” najlepiej sprawdzili się właśnie najmłodsi zawodnicy. Artur i Sharon skutecznie zajęli rodzeństwu czas.
Aż do teraz, gdy w czwórkę siedzieli na stołówce IOS i nudzili się jak mopsy.
– Co się tak naprawdę dzieje? – zapytał nagle Timote, odrywając się od swoich płatków. – Ale szczerze! Gdzie tata i dlaczego mama jest taka, taka – zamyślił się, szukając odpowiedniego słowa.
– Załamana? – Podpowiedziała mu dyskretnie siostra.
– Dokładnie – przytaknął szybko chłopiec. – Mama nigdy nie płacze, a wczoraj… wczoraj pQrzepłakała całą noc, choć myślała, że już śpię. Dlaczego?  – Nerwowo uderzył zaciśniętą pięścią w stół
Siatkarze wymienili niepewne spojrzenia. Zdecydowanie nie byli przygotowani do takiej rozmowy.
– Hej, chłopaki!
Z opresji wyrwał ich Blair. Libero biegł w ich kierunku, ledwo utrzymując równowagę na śliskich kafelkach i wymachując zaciekle trzymanym w ręku telefonem.
– Mam mega wieści. I zadanie! Dla nas! – wydyszał, kiedy w końcu zatrzymał się przy ich stoliku.
– Zadanie?  – Evans uniósł pytająco brew.
– I nie zgadniecie od kogo? Od Kubiaka! Dziwne, nie?
– I na czym to zadanie ma polegać?
– Potem wam wyjaśnię – chłopak lekceważąco machnął ręką. – A na razie musimy, jak najszybciej udać się do Rzymu. I wziąć ze sobą dzieciaki?
– Po co?
– No jak to po co?! Stephane się obudził! Będzie żył!

***

– Stephane?! – Zszokowana Aśka stała w drzwiach sali, a Stephane łkał opętańczo, powtarzając coś pod nosem i nawet nie patrząc w jej stronę. – Wyjść wszyscy, ale to już! – rozkazała natychmiast personelowi, ignorując protesty lekarzy. – Ty zostajesz – machnęła głową w kierunku Stephanie, a potem sama podsunęła sobie krzesło. – Już dobrze, teraz powiedz, co się stało? – poprosiła spokojnie, mając nadzieję, że w ten sposób choć trochę okiełzna rozszalałe emocje trenera.
– Wszystko im powiedziałem, wszystko! – łkała dalej Antiga, nadal unikając wzroku kobiety. – Przepraszam, przepraszam! Nie chciałem, ale… tak strasznie przepraszam! – Rozpłakał się już na dobre.
– Kochanie, ale za co ty nasz przeprasza? – zapytała zupełnie zdezorientowana Stephanie. – Najważniejsze, że już jesteś bezpieczny – uśmiechnęła się czule. Mówiła zupełnie szczerze. Dla niej już żadna wojna, którą toczyło IOS nie miała znaczenia. Liczyło się tylko to, że jej ukochany żył, że widmo końca oddaliło się gwałtownie.
– Ja, ja… – mężczyzna przełknął głośno ślinę, a potem odetchnął kilka razy, by uspokoić szalejące nerwy. – Ja znalazłem tę kartę kilka miesięcy temu – wydukał w końcu. – Przeczytałem, a potem schowałem… tak by nikt jej nie znalazł. Ci ludzie… ci, którzy mnie torturowali… oni chcieli wiedzieć, gdzie są portale.
Lodowaty dreszcz przeszedł przez ciało Aśki. W jednej chwili zrozumiała do czego zmierza Francuz.
– Ile im powiedziałeś? – zapytała, czując, że robi jej się nieprzyzwoicie słabo.
– Trzy miejsca. Potem straciłem przytomność.
– Z bólu?
– Chyba tak.
Zapadła niezręczna cisza. Asia powoli przyswajała otrzymaną wiadomość. Ci cholerni mściciele znali lokalizacje trzech portali. Mieli dwa klucze. To dużo magii. Cholernie dużo. Pewnie już do nich dotarli i zabezpieczyli, czyli zrobili wszystko to, za co IOS się nawet nie zabrało.
– Torturowali mnie, to prawda – odezwał się nagle Stephane. – Ale to nie było najgorsze, nie dlatego im powiedziałem. Oni powiedzieli mi… zagrozili, że jeśli nie zdradzę im położenia tych miejsc to… to zabiją was – wyszeptał, drżącym głosem, posyłając żonie zrozpaczone spojrzenie. – Ciebie, dzieci… a wcześniej będziecie cierpieć… Byłem przekonany, że mówią prawdę! Nie mogłem na to pozwolić! – Znów wybuchnął płaczem. Stephanie momentalnie znalazła się przy mężu i opiekuńczo objęła go ramieniem. – Bałem się, po prostu tak strasznie się bałem! – Szlochał w ramię kobiety, a ona uspokajająco gładziła go po plecach.
Zakłopotana Aśka, podniosła się z krzesła i szybko opuściła pomieszczenie, nie chcąc przeszkadzać małżeństwu.
– Co się stało? – zapytała Jenny, gdy tylko Polka pojawiła się na korytarzu.
– Mamy problem – westchnęła Mazowiecka, krzyżując ręce na piersi i opierając się o drzwi. – Stephane powiedział im, gdzie są trzy portale. Od teraz to już nie jest tylko wojna. To cholerny wyścig zbrojeń. 




W końcu przedstawiam wam rozdział dziewiąty! Nie napiszę wam o nim za wiele, bo jest już późno, a ja wyczerpałam zapasy weny na dziś. 
Jak zwykle serdecznie zapraszam do komentowania. Pamiętajcie, że każdy komentarz to dla mnie ogromna motywacja. 
Pozdrawiam
Violin

sobota, 7 października 2017

Rozdział 8

Specjalny samolot ambulatoryjny był wolniejszy od odrzutowca IOS, ale Aśka wolała mieć oko na uratowanych trenerów. Dlatego też po przegrupowaniu się na znajomy amerykańskim lotnisku i upewnieniu się, że nikt ich nie śledzi, agentów wysłała razem z Kimem, a sama poleciała drugą maszyną, oczywiście w towarzystwie nieodstępującego ją na krok Ivana.
Alekno nie wymagał jakiś specjalnych czynność medycznych, za to stan Stephana lekarze określili jako ciężki, ale stabilny. Przynajmniej pod względem fizycznym, bo nie mieli jak określić, czy wszystko co przeszedł Antiga, wpłynęło jakoś na jego umysłowość.
– Powiedz nam, czego chcieli? – zaczęła rozmowę z Władimirem, gdy już bezpiecznie znajdowali się kilkanaście tysięcy metrów nad Atlantykiem.
– Tak naprawdę to nie do końca wiem – wzruszył ramionami trener, odruchowo pocierając opatrzone ramię. – Zabrali nam klucze, ale to jeszcze gdy byliśmy nieprzytomni. Potem pytali o jakieś portale, a ja za Chiny nie wiedziałem, o czym oni mówią. No to wzięli Antigę, pewnie myśleli, że jego złamią łatwiej niż mnie. Trochę się przeliczyli, to jednak silny chłop jest – prychnął, z aprobatą patrząc na Stephana, który nieprzytomny leżał na specjalnym łóżku.
– Potrafisz nam powiedzieć, jacy oni są? – zapytał Ivan wstając i odruchowo nalewając trenerowi wody.
– Sam bym sobie nalał – warknął Alekno, ale kontynuował posłusznie. – Trochę wiem, Niby nas tylko te dwa dni trzymali, ale swoje się dowiedziałem. To spora grupa, nazywają się „Mścicielami”. Kieruje nimi człowiek, na którego wołają „Król Cieni”. Posługują się magią, ale jej niewielką ilością i nieliczny. Ale ten cały ich szef ma na usługach takie dziwne istoty, właśnie jakby cienie. W życiu takiego czegoś nie widziałem, to tacy agenci do zadań specjalnych. Ogólnie to jako organizacja są nieźli, ale słabo zorganizowani, szczególnie jak coś idzie niezgodnie z planem. Pewnie dlatego nas nie ścigają. Nie mogłeś załatwić czegoś mocniejszego?! – Mężczyzna z irytacją upił łyk wody.
Asia powoli pokiwała głową. Przez chwilę udawała, że notuje coś w niewielkim zeszycie, ale tak naprawdę miała w mózgu totalną pustkę. Czuła się tak, jakby ktoś nagle odciął jej prąd. Teraz, gdy Stephane był bezpieczny, poczuła się wyjątkowo zmęczona. Wiedziała jednak, że czeka ją dużo pracy po przylocie. Musiała zwołać radę, upewnić się, że procedury kodu czerwonego są utrzymane i dowiedzieć się, czym są te portale. Miała masę roboty, ale była to już robota, którą lubiła, czysto matematyczne, chłodne kalkulowanie i kierowanie, żadnych emocji, żadnego martwienia się.
Przymknęła powieki i oparła głowę o okno samolotu. Choć wydawało jej się, że minęło tylko kilka sekund, to gdy otworzyła oczy, odrzutowiec właśnie podchodził do lądowania. Nawet nie zauważyła, jak zapadła w głęboki sen.
– Jaką mamy godzinę? – zdezorientowana zapytała Ivana, który w ogóle nie wydawał się zmęczony.
– Dochodzi trzecia w nocy – odpowiedział chłodno. – Na płycie czeka karetka, kazałem też obudzić jego żonę – kiwnął głową w kierunku Antigi.
– Obstawiam, że nie było takiej potrzeby – mruknęła pod nosem Mazowiecka. Doskonale znała Stephanie i była przekonana, że Francuska nawet na chwilę nie zmrużyła oka. Pewnie przez cały czas siedziała na tarasie, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń i tylko co pewien czas sprawdzała, czy u śpiących dzieci wszystko w porządku.
– Odstawie Aleknę do bazy i zajmę się ogarnianiem wszystkiego. – Ivan podniósł się szybko, gdy tylko samolot dotknął ziemi. – Trochę się na tym znam, teraz będziemy mieli chwilę spokoju. Ci cali „Mściciele” to amatorzy. Z dużym arsenałem i kasą, ale nadal amatorzy, trochę im zajmie przegrupowanie się – prychnął pogardliwie. – Ty jedź ze Stephanem. Przypilnuj, by go posklejali, a potem wróć i odpocznij. Zasłużyłaś. – Głos mężczyzny był stanowczy, Asia doskonale wiedziała, że wszelkie protesty na niewiele się zdadzą.
– A czy ty kiedyś odpoczywasz? – Skrzyżowała ręce na piersi, posyłając towarzyszowi kpiące spojrzenie.
Ivan nie odpowiedział. Zamiast tego odwrócił się na pięcie minął zdezorientowanych lekarzy pokładowych i sprawnie otworzył przednie drzwi. Do środka wpadło świeże, nocne powietrze.
– Na pewno nie w taką noc! – krzyknął, zeskakując po schodkach samolotu. – W czasie pełni wilki wychodzą na polowanie! – zaśmiał się, a potem zniknął w ciemność, zostawiając kręcącą z dezaprobatą głową Asię, samą.

***

Michał Kubiak podniósł się z łóżka potem na nim usiadł, znów wstał i znów usiadł. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Była ósma rano. Poprzedniego wieczoru dostali bardzo wyraźne instrukcje – spakować się i być gotowym na powrót do Spały. Ich trener doszedł do siebie bardzo szybko i nie zamierzał tracić czasu. Mistrzostwa Europy miały się zacząć za kilka dni, a żaden kryzys na skale globalna nie miał takiej mocy, by wytrącić Włocha z obranego toru działania.
– Lang Ping się odzywała? – zapytał, leżącego na łóżku Konara.
– Coś ty! – prychnął atakujący, wyjmując słuchawkę z ucha. – Prędzej zatańczę w balecie niż ta kobieta zdecyduje się nam cokolwiek powiedzieć.
– Czuję, że kroi się coś niedobrego – mruknął pod nosem Kubi.
– Dziwnego? – Dawid posłał mu kpiące spojrzenie. – Stary, ostatnie dwa dni zaliczały się do  zdecydowanie do najdziwniejszych w moim życiu. Nadal jestem pewny, że jak mnie uszczypniesz, to obudzę się w Krakowie z bolącymi wszystkim mięśniami.
Michał tylko przewrócił oczami i znów wlepił pusty wzrok w ścianę. Coś mu nie pasowało. Miał przeczucie, wrażenie, że coś przegapił, że to nie koniec. Nie podobało mu się to, że zostali tak po prostu odsunięci od sprawy. Chciał dalej działać, walczyć,  przecież ich pomoc nie mogła skończyć się na przeszukiwaniu głupiej biblioteki!
– Obudzę się w Krakowie… – powtórz pod nosem słowa kolegi, mechanicznie obracając w dłoni telefon. – W Krakowie….
I nagle go olśniło.
– Kraków! – Poderwał się gwałtownie z łóżka. – Konar, na tej kartce był Kraków, jestem tego pewien!
– I co z tego? – Konarski spojrzał na przyjmującego jak na wariata. Dla niego cała ta afera była interesująca póki w rękach przeciwników pozostawali trenerzy. Teraz, gdy wszyscy byli bezpieczni, nie chciał się już za bardzo angażować. Już i tak był wystarczająco wymęczony sezon reprezentacyjnym, żeby się jeszcze bawić w ratowanie świata.
– To, że tam gdzieś jest coś, co trzeba znaleźć! I my możemy to zrobić!– Podekscytowany Kubiak zaczął chodzić w kółko po maleńkim pokoju, co chwilę obijając się o łóżka. – Kiedy będziemy w Krakowie możemy pomóc IOS. Oni będą szukać w innych miejscach, a my tam. To nie może być trudne, tyle razy graliśmy w tym mieście, że naprawdę znamy je na pamięć.
– Nie wiem czy zauważyłeś, ale do Krakowa jedziemy żeby grać. Oczywiście pod warunkiem, że wyjdziemy z grupy. Zresztą nawet nie wiemy, czego mamy szukać – zauważył trzeźwo Dawid, na co Kubi tylko lekceważąco machnął ręką.
– Trzeba się tego dowiedzieć. Musimy znaleźć tę kartkę!
– Zamierzasz ukraść ją Lang Ping? – Konar spojrzał na niego jak na wariata.
– Tylko pożyczyć.
– Z jakiego drewna chcesz mieć trumnę?
– Przestań! – Michał z irytacją pokręciła głową. – Zgarnę ze dwóch chłopaków i jakoś się wyrobimy. O której wyjeżdżamy?
– O dziewiątej.
–  Czyli mam godzinę – Przyjmujący nerwowo przygryzł wargę. Zaraz jednak znów uśmiechnął się szeroko i klasnął wesoło w ręce. – Co tam, raz się żyję! Trzymaj kciuki, wracam za godzinkę! – powiedział, a potem porwał tylko swój telefon i wypadł z pokoju, jakby go sam diabeł gonił.
– Kiedyś z nim zwariuje – mruknął Dawid i po prostu wrócił do czytania książki.

***

Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie się w takiej sytuacji. Nigdy, nawet przez myśl jej nie przeszło, że będzie siedziała na tym chwiejnym, metalowym krzesełku i błagała los, by oddech lezącej przed nią ukochanej osoby nie był tym ostatnim.
A teraz tak właśnie było.
Stan ciężki…. Nie dajemy gwarancji… trzeba czekać… należy mieć nadzieję… ale trzeba przygotować się na najgorsze… czy ma pani kogoś bliskiego…?
Cały czas słyszała w głowie słowa lekarzy. Patrząc na nieprzytomnego męża, nie mogła uwierzyć jakim cudem ich spokojne, poukładane życie nagle rozpadło się na kawałeczki. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak będzie teraz wyglądało. Po prostu jej mózg nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że będzie w stanie funkcjonować w świecie bez niego.
W końcu był przy niej przez ostatnie dwadzieścia siedem lat.
Podniosła wzrok i spojrzała na trupio bladą twarz mężczyzny.
– Wróć do mnie, Stephane – szepnęła, przesuwając opuszkiem palca po jego policzku. – Po prostu do mnie wróć.

***

Jenny Lang Ping nie była osobą, która często ubierała buty na wysokim obcasie. W końcu obiektywnie była wysoka, a kiedy chciała wzbudzić respekt wśród swoich kolegów po fachu, których wzrost oscylował w okolicach dwóch metrów, wystarczyła tylko groźna mina, odpowiednie spojrzenie i pewna postura. Dlatego też, idąc szpitalny korytarzem, Jenny nie oznajmiała tego głośnym stukotem obcasów. 
Sama tak naprawdę nie była do końca przekonana, co robi. Oficjalnie pojawiła się w szpitalu by jak najszybciej porozmawiać z Aśką. I choć sama podała sobie i swoim kolegom właśnie taki powód, opuszczenia siedziby IOS i zrezygnowania z śniadania, to tak naprawdę gdzieś z tyłu głowy siedziało coś zupełnie innego.
Ona po prostu martwiła się o Stephana. Tak po ludzku. Lubiła Antigę, zresztą lubiła każdego młodego, niedoświadczonego trenera, którego wrzucono na głęboką wodę. W jej oczach ci dorośli faceci byli jeszcze zagubionymi chłopaczkami, dzieciakami. Trochę im matkowała, choć oczywiście nie otwarcie, raczej po cichu pomagała.
Stanęła przed odpowiednimi drzwiami i już unosiła rękę by zapukać, gdy nagle ktoś pojawił się na korytarzu.
– Jest u niego żona – powiedziała Aśka, powoli podchodząc do Jenny.
– Tak naprawdę to przyszłam do ciebie. – Chinka uśmiechnęła się krzywo. – Jaki jest stan Stephana?
– Ciężki, ale stabilny. Lekarze trochę go składali – westchnęła Mazowiecka, posyłając w kierunku drzwi smutne spojrzenie. – Krwotoki wewnętrzne, okropne złamanie ręki, wstrząs mózgu… Nie dają gwarancji, że z tego wyjdzie, ale jak przetrwa najbliższe czterdzieści osiem godzin, to będzie żył.
Jenny pokiwała głową, a potem ostrożnie sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej starannie złożoną kartkę.
– Znaleźliśmy to w bibliotece. Myślę, że może cię zainteresować.
Aśka popatrzyła na nią podejrzliwie, ale posłusznie wzięła znalezisko. Przez kilka sekund wodziła wzrokiem po tekście, a z każdym kolejnym słowem jej oczy robiły się większe.
– Masz rację, bardzo mnie to zainteresowało. – Uśmiechnęła się triumfalnie do  trenerki. – Jenny, chyba właśnie wygrałaś dla nas tę wojnę.

***

Mateusz Bieniek naoglądał się tylu filmów szpiegowskich, że na spokojnie mógłby stawać w szranki z samym Jamesem Bondem. Znał na pamięć wszystkie kwestie z Mission Impossible, a gdy był sam w domu, ubierał czarne okulary, czarny płaszcz i udawał przed lustrem Toma Cruiza. Dlatego też, gdy Kubiak poprosił go o pomoc, młody środkowy nie wahał się nawet przez moment. Czuł, że to jest jego chwila, jego misja, jego szansa na zabłyśnięcie. 
Gabinety trenerów znajdowały się w pawilonie C. Zbudowany na planie litery U, stał trochę na uboczy i podziemnymi tunelami połączony był z innymi miejscami. W niewielkich gabinetach pracowało ponad tysiąc trenerów, oczywiście w różnym czasie.
Dwaj siatkarze przemykali wąskim korytarzem, starając się pozostać niezauważonymi, co było dosyć trudne przy dwóch metrach wzrostu. Jednak na szczęście budynek był prawie pusty. Związki z czerwonym alarmem większość trenerów została zmuszona do pozostania w swoich domach lub zgłoszenia się do najbliższej filii IOS.
– Hayen, Gardini, Szlapnikow, Tillie… –  Kubiak odczytywał po kolei tabliczki, gdy powoli szli wąskim korytarzem. – Antiga, Lebedew, Terzić… Kurczę, nie ma jej tutaj? – stanął zdezorientowany, gdy doszli do pierwszego skrętu. – Pamiętasz, czy siatkówka zajmuje jedno, czy dwa piętra? – zapytał środkowego.
– Jenny jest na pewno tutaj – odpowiedział spokojnie Bieniu. – Ale może trochę dalej? W końcu teraz jej funkcja w sztabie jest z tego co wiem trochę inna.
– Właśnie, ty wiesz, jak to wygląda? – Michał zaczął skręcił w kolejny korytarz. – Przecież Alekno i Rezende już nie są pierwszymi tenerami.
– To prawda – przytakną Mateusz. – Ale są tak doświadczeni i zasłużeni, że zasiadaj w czymś w rodzaju rady doradczej i zajmują się na stałe w IOS wszystkimi rzeczami związanymi z trenerami. Ogólnie podobno tu ci bardzo zasłużeni dostają jakieś tam przywileje, nawet jak nie prowadzą już kadry. Podobno Anastasii też takie ma.
– Nie widziałem go jeszcze.
– Bo pewnie siedzi w Gdańsku i ma sto tysięcy innych spraw na głowie – wzruszył ramionami. – O,  zobacz, jest! – wykrzyknął, przystając nagle. – Jenny Lang Ping, Chiny.
Pochylił nad klamką, obejrzał dokładnie, potem rozglądnął się wokół, sprawdzając, czy nikt nie idzie i dopiero wtedy ją nacisnął.
Ku ich ogromnego zdziwieniu, drzwi otworzyły się bez żadnego problemu.
– Nie mają tutaj zamków? – mruknął do siebie Kubiak, niepewnie wchodząc do pomieszczenia. Gabinet wyglądał zupełnie normalnie. Na środku stało zwykłe, drewniane biurko, a wzdłuż ścian ciągnęły się wysokie półki, po brzegi wypełnione grubymi teczkami z papierami i segregatorami. Na blacie stołu leżał tylko zamknięty, cienki laptop, a obok niego stała ramka ze zdjęciem.
– To jej córka, prawda? – Mati spojrzał na fotografię przedstawiającą młodą siatkarkę.
– Yhm – Michał pokiwał głową, szybko przeszukując szuflady biurka. – A przynajmniej tak myślę, nigdy jej nie spotkałem. Cholera, nic tu nie ma! – Ze złością zatrzasnął ostatnią szufladę.
– Nie czujesz się… nieswojo? – Bieniek nerwowo rozglądnął się po pokoju. – W końcu to chyba trochę włamanie, co nie?
– Przestań pitolić! – Dziku tylko lekceważąco machnął ręką, a potem jak gdyby nigdy nic otworzył laptopa trenerki. – Zobaczymy, czy tutaj uda nam cię coś znaleźć… – Ku jego zdziwieniu komputer był nie tylko włączony, ale nawet nie zablokowany. Na jego ekranie pojawił się skan jakiejś kartki…
– I jest nasza zguba! – Kubiak klasnął triumfalnie. – Mati rób szybko  zdjęcie, musimy się stąd wynosić!
Środkowy posłusznie dokładnie sfotografował ekran, a potem obaj siatkarze szybko opuścili gabinet, przekonani, że udało im się niezauważenie wykonać swoje zadanie.
Nie mieli pojęcia, że przez cały czas obserwował ich pewien duch. Duch, który znany był ze swoich chytrych planów.
Oni byli jednym z nich. 



Z lekkim opóźnieniem przedstawiam wam rozdział ósmy. Jest w nim trochę więcej siatkarzy. Mamy też jakby zamknięcie wątku z porwaniami. Wiem, że akcja w ostatnich częściach gnała trochę na łeb na szyję, ale teraz trochę zwolnimy. 
Jak wam się podobało? Jak myślicie, co będzie dalej? Czy Stephane się obudzi? I co będzie miał do powiedzenia. 
Z góry dziękuję za wszystkie komentarze i zapraszam też na Epilog "Without you..."

Pozdrawiam :)
Violin

czwartek, 21 września 2017

Rozdział 7

Odrzutowiec gładko prześlizgiwał się między chmurami. Aśka siedział w skórzanym fotelu i pustym wzrokiem wpatrywała się w widok za oknem. Tak naprawdę to zupełnie nie ją to interesowało, po prostu nie chciała nawiązywać kontaktu z współtowarzyszami. W kółko analizowała w głowie cały plan, film z ostrzeżeniem, to, co wiedzieli o kluczach. Nieudolnie próbowała pozbyć się wyrzutów sumienia, które pojawiały się za każdym razem, gdy jej wyobraźnia podsuwała obraz pobitego, nieprzytomnego Stephana. Z każdą kolejną godziną podróży rósł w niej strach, że nie zdążą, że kiedy włamią się do siedziby wroga, znajdą jedynie ciało Antigi. O Alekne kobieta mniej się martwiła, nie dlatego, że gorzej go znała, ale za doskonale wiedziała, ze jest po prostu człowiekiem wytrzymalszym, silniejszym psychicznym i fizycznym, nie będzie łatwo go złamać.
– Za chwilę będziemy na miejscu – jej rozmyślenia przerwał czyjś zimny głos. Wzdrygnęła się gwałtownie, niespodziewanie czując na ramieniu dużą dłoń Ivana.
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie straszył tak ludzi– mruknęła i niechętnie odwróciła się w jego stronę. – Kiedyś doprowadzisz kogoś do zawału.
– Przepraszam – Ivan wzruszył ramionami, a potem tak samo beznamiętnym głosem kontynuował: – Wylądujemy jakiś kilometr od bazy. Na tym terenie jest mnóstwo uskoków i zagłębień, nikt nas nie zauważy.
– Sprawdziłeś wcześniej? – Asia uniosła z powątpieniem brew.
– Arsene mi wszystko pokazał. Znaczy się Google Map pokazało – wykrzywił usta w coś, co chyba w zamierzeniu miało być uśmiechem.
– Mogłam się domyślić – prychnęła śmiechem Polka. – A więc, jak…
– Podchodzimy do lądowania! – Ich rozmowę przerwał głośny krzyk Kima. – Może trząść!
Ale nie trzęsło, Koreańczyk wykonał swoją robotę idealnie. Samolot wylądował za uskokiem terenu tak delikatnie, że pasażerowie zupełnie nic nie poczuli.
Aśka westchnęła cicho, a potem poprawiła bluzę, przygładziła włosy i wyprostowała się dumnie, starając znów przybrać powłokę obojętności. Miała nadzieję, że ona wyczyści jej umysł. Teraz, gdy zaczynała się właściwa akcja, nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek emocje, jakiekolwiek słabości. Znów musiała stać się wypranym z uczuć robotem.
Dla dobra ich wszystkich.
– Kim, zostajesz w samolocie – rozkazał Ivan, podnosząc się z swojego fotela i wyjmując spod niego broń, ulubionego glocka, z którym się nie rozstawał. – Bądź gotowy w każdej chwili wystartować. Utrzymuj stały kontakt z helikopterami. Jeśli nie wrócimy za cztery godziny wezwij wsparcie.
Kim kiwnął głową i odwrócił się z powrotem do sterów. Wykonał swoje zadanie, otrzymał nowe rozkazy, więcej go nie interesowało.
– Baza jest jakiś kilometr stąd – kontynuował Valkovic, gdy pozostali przygotowywali się do wymarszu. – Widziałem odpowiedni budynek po drodze. Nasz dron zrobił zresztą zdjęcia. Szare, betonowe pudło, nie większe nisz nasze biurowce. Żadnych strażników przed wejściem.
– Większość kompleksu jest pod ziemią – zauważyła Cecil, po raz kolejny sprawdzając swoją broń. – I pewnie mają monitoring.
– Który ty będziesz musiała rozbroić, gdy podejdziemy wystarczająco blisko – przytaknął Rosjanin. – Najlepiej zrobić to tak, by jak najdłużej się nie zorientowali, że coś nie działa.
– Zatrzymam nagrywanie. To nie jest specjalnie trudne – wzruszyła ramionami młoda agentka.
– Jest jeszcze coś –  wtrącił się Jack. – Przecież nie wiemy, gdzie trzymają naszych.
– Żaden problem. – Cecil uśmiechnęła się chytrze. – Na pewno mają w systemie plan kompleksu. Ściągnę go, jak tylko będziemy wystarczająco blisko.
Aśka zmarszczyła zaskoczona brwi, słysząc te słowa.
– A ja myślałam, że to Arsene jest informatycznym geniuszem – Spojrzała znacząco na Ivana.
– Bo jest – odpowiedział. – Ale jest też leniwy i nie lubi brudzić sobie rąk. Cecil to taki Arsene wersja 2.0 – uśmiechnął się z dumą.
– A on o tym wie?
– Nie i nie musi wiedzieć. Jego ego jest niestety dla nas zbyt cenne – prychnął.
Powoli pokiwała głową. Doskonale wiedziała, że młody Blain jest świadomy swoich niezwykłych umiejętności i uwielbia się nimi popisywać. Nie wiadomo skąd mu się to wzięła, szczególnie, że na przykład starszy brat informatyka był pod tym względem jego zupełnym przeciwieństwem. I choć od czasu do czasu zachowanie chłopaka irytowało wszystkich, to jednak dzięki niemu mieli jedne z najlepiej chronionych baz danych na świecie.
– Musimy działać szybko i po cichu – tym razem do agentów zwróciła się Asia. – Bądźcie ostrożni, nie chcemy strzelanin i przypadkowych śmierci.
Cała trójka przytaknęła zgodnie, choć przecież słyszeli te słowa już któryś raz. Byli świetnie przeszkoleni, doskonale wiedzieli, co mają robić.
– Poradzisz sobie? – zapytał jeszcze Polkę Ivan, gdy wychodzili z samolotu.
– Oczywiście – kobieta uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. – Byłam członkiem grupy specjalnej przez dobre siedem lat, wiem co robić.
Valkovic nic nie odpowiedział, jego twarz nawet nie drgnęła. Aśka nie mogła przypuszczać, że gdzieś z tyłu głowy zapaliła mu się ostrzegawcza lampka.
Wyszli na zalany słońcem pustkowie. Mimo że we Włoszech było już po południu, a tu dzień dopiero ruszał, to temperatura była trudna do zniesienia. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągnęła się spieczona, popękana ziemia. Nie było żadnej zieleni, jedynie wyrastające co pewien czas wysuszone krzaki, urozmaicały krajobraz.
Jednak grupie specjalnej takie warunki nie przeszkadzały. Wyposażeni w najlepszy sprzęt, ruszyli przed siebie wartkim krokiem, ale za to w zupełnej ciszy. Rozmowy tylko niepotrzebnie, by ich rozpraszały, a żadne nie miało do powiedzenia czegoś ważnego.
Po kilkunastu minutach marszu na zza horyzontu zaczął wyjawiać się ich cel. Z każdą sekundą robił się coraz większy, aż w końcu osiągnął swoje oryginalne rozmiary.
Byli na miejscu. Jakieś sto metrów od głównej bramy, schowali się za kolejnym wyłomem, by nie uchwyciły ich kamery.
– Nie ma strażników – mruknął Daniel, uważnie badając wzrokiem teren.
– Dajcie mi jakieś pięć minut. – Cecil machnęła nerwowo ręką po czym wyjęła z plecaka najcieńszego laptopa jakiego Asia kiedykolwiek widziała.
– Nowy sprzęt? – zapytała szeptem Ivana, z niedowierzeń patrząc, jak dziewczyna z prędkością światła wystukuje na klawiaturze kolejne polecenia.
– Przyszedł tydzień temu. Dałaś mi wolną rękę w tych sprawach, więc wybrałem coś porządnego. Oczywiście z pomocą Blaina – odpowiedział spokojnie. – Zresztą poczekaj to jeszcze nie koniec – wskazał głową na agentkę.
Miał rację. Gdy tylko Cecil udało się shakować kamery i zdobyć plany bazy, co zajęło jej niespełna pięć minut, wyjęła z plecaka niewielkie urządzenie, przypominające trochę PSP. Poklikała przez chwilę też na nim, a potem schowała laptopa i uśmiechnęła się szeroko do towarzyszy.
– Teraz wszystko mam tutaj – powiedziała. – Możemy iść dalej.
Szybko podnieśli się ze swoich miejsc i podbiegli do stalowych wrót. Cecil przyłożyła swoje urządzonko do czegoś, co chyba było zamkiem kodowym, poklikała, a sekundę później drzwi otworzyły się z cichym sykiem.
Przed nimi ciągnął się długi ciemny korytarz, zakończony kolejnymi drzwiami. Na obu jego krańcach zamontowano kamery, ale znów nie  było żadnych strażników.
– Są bardzo pewni siebie – mruknął Ivan.
I w tym samym momencie wiszące pod sufitem lampy rozbłysły czerwonym światłem, a spokój przerwało ogłuszające wycie alarmu.
– Cholera, wykryli nas! – przełknęła Aśka, odruchowo cofając się na zewnątrz.
– Nie! – gwałtownie uspokoiła ją Cecil. – To moja robota! Włączyłam alarm po drugiej stronie budynku – tłumaczyła, próbując przekrzyczeć hałas. – Przerzucą tam wszystkich ludzi i będziemy mieć wolną drogę. Za tymi drzwiami jest winda. Więźniów trzymają cztery piętra niżej.
Nie potrzebowali niczego więcej. Wszystko działo się bardzo szybko, a dzięki młodej agentce nikt im nie przeszkodził. Za nim się obejrzeli już byli kilkanaście metrów pod ziemią. Gdy winda otworzyła się, drogę zagroził im tylko jeden strażnik, wysoki, w czarnym mundurze i z karabinem w ręku. Na widok intruzów, krzyknął coś po hiszpańsku i uniósł broń, by wystrzelić.
Jednak Ivan był szybszy. Jednym susem znalazł się przy przeciwniku, uniósł wielką dłoń i  uderzył mężczyznę w skroń tak mocno, że te po prostu osunął się nieprzytomny na ziemię.
– Mogli się bardziej postarać. – Valkovic otarł dłoń o spodnie i dopiero wtedy rozejrzał się wokół, by stwierdzić, gdzie się znajdują.
Tak, jak się spodziewali trafili do czegoś, coś co przypominało połączenie średniowiecznych lochów z najnowocześniejszym amerykańskim więzieniem. Wzdłuż kamiennych ścian ciągnęły się dwa rzędy wąskich, stalowych drzwi. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, a nad każdą celą słabo migotała czerwona lampka. Gdzieś z oddali dochodziło popiskiwanie szczura, mieszające się z echem alarmu.
– Na co czekamy?! Szybko! – Aśka jako pierwsza rzuciła się  w kierunku cel. Jej ruchy były tak szybkie, że wydawały się wręcz nierzeczywiste. Biegała od jednych drzwi do drugich, zaglądając do środka przez kuloodporne szyby  i sprawdzając, czy w środku przypadkiem nie ma  przyjaciela. Niestety z każdą kolejną sekundą jej zapał słabł. Przechodziła od jednej celi do drugiej z coraz większym zrezygnowaniem, a w jej oczach pojawiło się przerażenie.
– Nie ma ich – wychrypiała, stając na środku korytarza. – Nigdzie ich nie ma!
– Zostały ci jeszcze jedne drzwi – trzeźwo zauważył Ivan. W przeciwieństwie do Daniela i Jacka, nie dołączył do poszukiwań. Zamiast tego pilnował głównego wejścia, jednocześnie kontrolując Cecil, która grzebała przy panelu sterowania i próbowała rozgryźć system zamków w lochach.
– Ale w nich nie ma szyby – stwierdził Jack. – Równie dobrze, to może być schowek na miotły albo coś podobnego.
– Stephane! – Mimo słów agenta, Asia i tak rozpaczliwie uderzyła pięścią w stal. – Alekno, do cholery!
Odpowiedziała jej cisza.
– Dajcie mi sekundkę – poprosiła nerwowo Cecil. – To jest bardziej skomplikowane niż myślałam.
– Zaraz zorientują się, że to blef! Jak tu zjadą, zmiotą nas w pył! – pogonił ją Ivan.
– Wiem, wiem, jeszcze chwilę… Gotowe! – Klasnęła triumfalnie i w tym samym momencie wszystkie drzwi rozsunęły się z cichym piskiem.
– Dobra robota, młoda! – pogratulował jej Jack. Ivan jedynie z aprobatą pokiwał głową, a Aśka nic nie powiedziała tylko od razu do skoczyła do ostatniej celi – tej, w której miała nadzieję zobaczyć swojego przyjaciela, żywego i w pełni sprawnego, uśmiechającego się szeroko, tak jakby nic się nie wydarzyło.
Pierwszym, co rzucało się w oczu, był siedzący pod ścianą mężczyzna. Serce kobiety zabiło szybciej, ale zaraz zwolniło, gdy zorientowała się, że więźniem nie jest Antiga, a Władimir Alekno.  Rosyjski trener był wycieńczony i poobijany, ale przytomny. Gdy do pomieszczenia wpadło światło, uniósł głowę, ukazując podrapaną, poranioną twarz, ozdobioną na dodatek ogromną śliwą pod okiem.
– To wy? – wychrypiał słabym głosem.
– My – przytaknął Ivan, który już był przy trenerze. – Musimy się spieszyć, Oni zaraz tu będę.
– Zajmijcie się lepiej Antigą – Władimir kiwną głową w kierunku tylnej ściany. –  Kiepsko z nim.
Asi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Teraz dostrzegła Stephana. Leżącego bez życia na kamiennej posadzce, z ziemistą cerą, ręką wykręconą pod nienaturalnym kątem i włosami dosłownie czerwonymi od krwi. Spierzchnięte usta miał lekko uchylone, a spod podartej polówki wyłaniała się blada skóra pokryta siniakami, obrzękami i postrzępionymi ranami, które ledwo zdążyły się zagoić.
– Stephane… – przerażona opadła na kolana obok mężczyzny.  – Słyszysz mnie, Stephane?! – Przyłożyła mu palce do skroni i odetchnęła z ulgą, czując puls. Słaby,  ledwo wyczuwalny, ale był. – Jack, Daniel, chodźcie tu, musicie go podnieść!
– Alarm ucichł, zorientowali się! – Z korytarza dobiegł do nich rzeczowy krzyk Cecil.
– Tempo, panowie, tempo! – pogonił agentów Ivan. Sam chciał pomóc Aleknie, ale ten z irytacją odtrącił jego dłoń.
– Poradzę sobie – warknął, dźwigając się z trudem. – Tak bardzo mnie jeszcze nie pokiereszowali.
Valkovic nie protestował, za długo pracował z mężczyzną by sądzić, że jakiekolwiek protesty odniosą zamierzony skutek. Zostawił więc trenera w spokoju, a sam poszedł przodem, z uniesioną bronią, by oczyszczać drogę.
I to był dobry ruch, bo dokładnie  w momencie, w którym opuścili celę, drzwi windy otworzyły się i wysiadło z niej czterech doskonale uzbrojonych żołnierzy przeciwnika.
– Padnij!
Rozpętała się strzelanina. W powietrzu śmigały kule, pod sufitem cały czas migotały czerwone żarówki. Obydwaj trenerzy zostali dosłownie przygnieceni przez agentów do ziemi. Pociski wbijały się w stalowe kraty, panował zupełny chaos. Aśka próbowała jakoś ogarnąć sytuację, ale tak naprawdę była wstanie jedynie modlić się, by nikt z IOS nie ucierpiał. Ostatnie na co miała ochotę, to dodatkowe ofiary w ludziach.
Na szczęście grupa specjalna nie bez przyczyny nazywana jest jedną z najlepiej wyszkolonych jednostek na świecie. Choć całe zamieszanie wydawało się ciągnąć w nieskończoność, to w rzeczywistości po kilkunastu sekundach przeciwnicy zostali unieszkodliwieni, z czego najprawdopodobniej osobiście ukatrupił Ivan.
– Kim – Rosjanin wywołał pilota przez komunikator, przestępując nad ciałem wroga. – Potrzebuję helikoptera. Tego z lekarzem. Za minutę ma być przy bazie. Ty startuj.
– Przyjąłem – odparł krótko Koreańczyk, a Valkovic od razu się rozłączył.
– Idziemy – nakazał pozostałym.
I poszli. Choć ledwo zmieścili się w windzie, a ogłuszający alarm znów rozległ się w całym kompleksie to jednak okazało, że szczęście postanowiło do nich wrócić z wakacji. Na powierzchni spotkali bowiem tylko jednego strażnika, zresztą dość nieudolnego, który chyba znalazł się tam przez przypadek. Pozbycie się go zajęło im niespełna sekundę, a poradzenie sobie z niby zamkniętymi głównymi wrotami kolejne dwie – dla odmiany to było łatwiejsze niż się Cecil wydawało.
Wybiegli, a raczej w przypadku trenerów wywlekli się, na zalane słońcem pustkowie, na którym panował równie ogromny chaos, co w środku budynku. Silne podmuchy wiatru targały wszystkim wokół, wycie syren zlewało się z narastającym warkotem silników helikoptera, który sunął szybko w ich kierunku, zniżając się coraz bardziej.
Gdy tylko maszyna dotknęła ziemi, wszyscy pobiegli w jej kierunku. Wrogowie zorientowali się co się dzieje, rozpoczęli ostrzał, ale to niewiele dało. Za nim się obejrzeli uciekinierzy wznosili się w powietrze.
– Nieźle się spisaliśmy – stwierdziła Aśka, pocierając bark w miejscu, gdzie drasnęła ją przypadkowa kula.
– Było… poprawnie – mruknął Ivan, kiwając głową. – Oczywiście mogliśmy poradzić sobie szybciej.
– Oj, daj spokój! – Kobieta szturchnęła go ramię, a Rosjanin uśmiechnął się nieznacznie, doskonale wiedząc, że i tak nie zepsuje jej humoru.
Bo dopiero wtedy, siedząc na metalowym podeście i obserwując, jak lekarz podaje Stephanowi tlen, słysząc, jak uspokaja ją, że wcale nie jest tak źle, że trener jest silnym chłopem i wyjdzie z tego, uwierzyła w coś, w co powinna uwierzyć już dzień wcześniej, o siódmej rano, gdy wszystko się zaczęło.
Cokolwiek by się nie stało wygrają tę wojnę.
I jako prezes International Ogranization for Sportsman była tego pewna.


Przedstawiam wam rozdział siódmy. Jak wam się podoba? Jest on jaki jest, są takie momenty, które podobają mi się bardziej i takie, które trochę mniej, ale trudno. Nie ma tu co prawda siatkarzy, ale spokojnie będzie ich więcej w następnych częściach. 
Wczoraj wieczorem PZPS odwołało ze stanowiska trenera "Fefe". Czy jest to dobra decyzja? Trudno powiedzieć, ale prawda jest taka, że przez ostatnie miesiące nasi chłopcy nic nie grali. Przez cały sezon były może dwa mecze, w których naprawdę było widać walkę. Bo właśnie tej walki, energii, wojny o każdy punkt zabrakło. Bo gdyby były, to nawet przy słabych wynikach na trenera patrzono by zupełnie inaczej. 
Mówi się, że teraz czas na polskiego trenera. Jak sądzicie, to dobre posunięcie? Ja osobiście mam swojego faworyta, ale on sam jakoś na razie średnio podchodzi do tego pomysłu xD. 
Na zakończenie dziękuję wszystkim czytelnikom, a szczególnie tym, którzy zostawiają po sobie ślad. To naprawdę wiele dla mnie znaczy!
Pozdrawiam
Violin