niedziela, 16 lipca 2017

Rozdział 2

Bartek Kurek był przekonany, że widział już wszystko. Był w końcu siatkarzem, zwiedził połowę świata, ale w siedzibie IOS nie był nigdy. Tak naprawdę to tylko nieliczni, pojedynczy zawodnicy mieli okazję kiedykolwiek ją widzieć. Zwykle jeśli byłeś zapraszany do centrali, a nie do któregoś z oddziałów na całym świecie, to oznaczało, że masz kłopoty.
A teraz on i jego koledzy stali na środku olbrzymiego kompleksu i zupełnie nie wiedzieli, jak się zachować. Wokół nich rozciągały się ziole trawniki, po przecinane brukowanymi ścieżkami, a między nimi stały wysokie, nowoczesne budynki ze szkła. W oddali wokół niedużego placu, powiewały na masztach flagi  wszystkich możliwych państw. Mijało ich mnóstwo ludzi, głównie młodych, pędzących gdzieś z jakimiś papierami albo laptopami. Nikt nie zwracał uwagi na sportowców, wszyscy wydawali się być czymś bardzo zdenerwowani.
– Witamy w głównej siedzibie International Organization for Sportsman – powiedział z dumą Aśka, widząc, że szczęki wszystkich siatkarzy oraz członków sztabu już dawno osiągnęły poziom Rowu Mariańskiego. – To tutaj spędzicie co najmniej najbliższy tydzień – kontynuowała, jednocześnie machając na nich ręką, by szli za nią w stronę największego budynek.  – Mamy tu blok mieszkalny, dwie hale, nieduże,  ale do treningów wystarczą, basen, siłownie i stołówkę. Powinno się wam spodobać – uśmiechnęła się uprzejmie.
Przeźroczyste, ponad trzymetrowe drzwi rozsunęły się przed nimi z cichym sykiem. Weszli do środka i od razu uderzył ich chłód i kanciastość wystroju. Wszystko wyglądało tak, jakby dosłownie było wyjęte z filmów szpiegowskich.
– Zaraz ktoś przyjdzie i zaprowadzi was do pokoi – tłumaczyła, prowadząc ich olbrzymim holem. Nad ich głowami wisiały wąskie pomosty, zewsząd dobiegał do nich szum działających komputerów. – Za pół godziny potrzebuję kapitanów i drugich trenerów w sali zebrań. W pokojach macie plany kompleksu. Wszystko wam wyjaśnię, a wy przekażecie dalej, nie mam czasu żeby…
– Czy ktoś raczy mi powiedzieć, co tu się do cholery dzieje?!
Aśka przeklęła pod nosem wyjątkowo szpetnie. W ich stronę leciał bowiem, szybko i cokolwiek niebezpiecznie, duch, wymachujący wściekle kapeluszem z szerokim rondem.
Prawdziwy duch z nie do końca prawdziwym kapeluszem.
Związek ektoplazmy, na którego widok szczęki wszystkich polskich siatkarzy i całego sztabu wylądowały na podłodze.
– Dzień dobry, trenerze – Kobieta skinęła głową z kamiennym wyrazem twarzy.
– Chcę natychmiast wiedzieć, co to za afera. – Hubert Jerzy Wagner nie bawił się w uprzejmości. Może i fizycznie był tylko białym, bezcielesnym bytem nadprzyrodzonym, ale charakterek miał nadal. – Dlaczego podniosłaś czerwony alarm, gdzie jest mój strażnik i do cholery, co tu robi ta banda sierot?! – zamachnął się dłonią w stronę zawodników, a ci odruchowo skulili się w sobie.
– Ktoś porwał Władimira Alekne, Ferdinanda De Giorgi i Stephana Antigę – tłumaczyła beznamiętnym głosem prezeska. – Sytuacja jest bardzo trudna. Uważamy, że chodzi o klucze. Za pół godziny jest zebranie zarządu i Rady Trenerów. Znaczy się jej części. Jeśli chcesz, możesz wpaść – wymusiła uśmiech.
– Porwali Antigę? – Wagner zmarszczył brwi.
– Tak. Oraz jeszcze jednego strażnika i trenera.
Pokiwał głową. Z wyrazu jego twarzy nie można było wyczytać żadnych uczuć. Jeszcze raz spojrzał na siatkarzy, przewrócił oczami, prychnął pogardliwie, a potem odleciał po prostu bez słowa. 
– No i się zaczęło – westchnęła Aśka.
Znów rozdzwonił się jej telefon. Z irytacją sprawdziła, kto dzwoni, jednak kiedy tylko zobaczyła numer, zbladła gwałtownie. 
– Wojtek, Daisy, poprowadźcie ich dalej – powiedziała nerwowo. – Niech trafią do pokoi i na razie z nich nie wychodzą – dodała, a potem odebrała i odeszła, zostawiając ich samych.
Opiekunowie wymienili znaczące spojrzenia.
– Chyba jest bardzo źle – mruknął Wojtek. – Trzeba było zostać księgowym.

***

Stephane powoli odzyskiwał przytomność. Bolała go głowa, czuł nieprzyzwoitą suchość w ustach. Z trudem otworzył oczy. Leżał na czymś twardym, wokół panowała ciemność. Z cichym jękiem przekręcił się na bok, by stwierdzić, gdzie jest. Pachniało stęchlizną, grunt pod jego palcami był wilgotny. Przez malutkie okienko w drewnianych drzwiach wpadał wąski snop światła. Mężczyzna nie miał jednak siły, by wstać. Tępy ból przeszywał każdy jego mięsień. Przymknął powieki, próbując przypomnieć sobie, co się stało. Pamiętał tak naprawdę… Nic nie pamiętał. Był zbyt otępiały, by bardziej wysilić umysł. Z podświadomości tylko wydobył wspomnienie żony, nic więcej. Ostatkiem sił uniósł dłoń, chcąc dotknąć zawieszonej na szyi obrączki. Miał nadzieję, że ona doda mu siły.
Ale łańcuszka nie było.
Znów stracił przytomność.

***

Dotychczas Asia starała się trzymać nerwy na wodzy. Taką miała pracę, wymagano od niej zachowania zimnej krwi i chłodnego podchodzenia do każdej sprawy. Taka była jako opiekun reprezentacji Francji, potem Polski, potem jako wiceprezes IOS i właśnie dzięki tym cechom rok wcześniej została wybrana na prezesa.
Ale kiedy na wyświetlaczu telefonu zobaczyła numer, który prywatnie znała bardzo dobrze, numer starej znajomej, przyjaciółki jeszcze ze studiów, która trochę pośrednio wprowadziła ją w świat siatkówki i bez której nigdy nie zaczęłaby pracować dla IOS, po prostu się przestraszyła.
– Cześć, Stephanie – przywitała się uprzejmie, starając się stłumić drżenie głosu.
– Powiesz mi, co się dzieje? – Po drugiej stronie Francuzka wydawała się być naprawdę roztrzęsiona. – Nie mogę się dodzwonić do Stephana, nie mam z nim żadnego kontaktu. Zadzwoniłam do hotelu, to mi powiedzieli, że nikt go nie widział. Co się z nim stało? – zapytała płaczliwie.
Aśka przełknęła głośno ślinę. Wiedziała, że i tak będzie musiała odbyć tę rozmowę.
– Jeśli stoisz, to usiądź – poprosiła najpierw.
– Dlaczego?
– Bo nie mam dobrych wieści.
Na linii zapanowała cisza. Stephanie chyba usiadła, więc Polka kontynuowała:
– Stephane został porwany. Nie wiemy przez kogo, ale mamy podejrzenia, dlaczego.
– Co?
– I tak miałam ci powiedzieć. Ty i dzieciaki też jesteście w niebezpieczeństwie. Nie wiemy jak groźny jest przeciwnik, do czego jest zdolny.
– Nie…
– Chciałabym, mieć pewność, że nic wam nie grozi.. Za dwie godziny pojawi się ktoś od nas. Zabierze was w bezpieczne miejsce.
– Nie…
– Karz pokazać sobie identyfikator. Tak na wszelki wypadek. Jest charakterystyczny, nie da się go podrobić.
– Nie!
Zamilkła. Wybuch przyjaciółki trochę ją zaskoczył.
– Stephanie…
– Nie, nie i jeszcze raz nie! To nie jest prawda! – łkała opętańczo kobieta. – Znów sobie robi głupie żarty, obydwoje robicie! Nigdzie nie idę, nie ma mowy, nie…
– To niestety nie jest żart – westchnęła Asia. – Wiesz co, sama do ciebie przylecę. Najpierw mamy zebranie, ale najpóźniej za dwie i pół godziny będę. W tym czasie nie wychodź z domu. Spakuj tylko najbardziej potrzebne rzeczy.
– Dlaczego, dlaczego on, dlaczego teraz…
– Nie wiem. Nikt tego nie wiem. Ale wszyscy się tym zajmujemy. Poruszyłam niebo i ziemię. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
Nie bardzo wierzyła we własne słowa.

***
               
International Organization for Sportsman jako organizacja miała bardzo prosto zbudowany zarząd. Prezes, wiceprezes, szefowie poszczególnych oddziałów i kilku specjalistów. Dodatkowo osobnym bytem była Rada Trenerów. Ponieważ trenerzy mieli wyjątkową pozycje wśród podopiecznych agencji, jako jedyni mogli korzystać z magii. Mieli swój budynek, bibliotekę, wszystko, co było tylko potrzebne, by prowadzić drużynę. Rada składała się trzydziestu wybranych trenerów, przynajmniej jednego z każdej dyscypliny. Zbierała się co dwa miesiące, a raz w roku organizowany był duży kongres, na który przybywali wszyscy szkoleniowcy.
Mimo że Rada składała się z trzydziestu ludzi, to na samo zebranie przybyło zaledwie kilku, tych związanych z siatkówką, albo tych, którzy akurat byli pod ręką. Więcej raczej nie było potrzebne.
Oskar Kaczmarczyk siedział przy długim, metalowym stole i nerwowo rozglądał się wokół. Nie bardzo rozumiał, co się dzieje i jeszcze chyba nie do końca dotarło do niego, gdzie się znajduje. Obok niego Piotr Gruszka nerwowo miętolił róg swojej koszulki, za to naprzeciwko sam Barnardo Rezende bawił się zielono – żółtym fijet spinnerem. W długiej sali powoli zbierali się ludzie, zapanował gwar.
– Dziękuję za przybycie – zaczęła Asia, wstając z krzesła na końcu stołu. – Jak wiecie znaleźliśmy się ostatnio w dość trudnej sytuacji, więc…
– Przejdź do rzeczy – warknął były trener Brazylijczyków.
– Zaraz to zrobię – uśmiechnęła się krzywo Aśka. – Ale najpierw chciałabym przypomnieć kilka rzeczy, żeby nasi goście zrozumieli w jakim kontekście rozmawiamy.
Za jej plecami, z sufitu wyjechał idealnie płaski, nowoczesny ekran. Kobieta włączyła go, a na monitorze ukazały się zdjęcia sześciu ludzi, pięciu mężczyzn i jednej kobiety.
– Jak zapewne wiecie lub też nie, ci ludzie w 1972 założyli naszą organizacje. Wszyscy już nie żyją, Roberto Sattorii zmarł w lutym zeszłego roku – zaczęła tłumaczyć. – Także ci sami ludzie dali nam możliwość korzystania niewielkich zasobów magii na tej Ziemi. Używamy jej, by tylko do teleportacji i teoretycznie możemy do obrony. Dostęp do magii mają tylko określone osoby, opiekunowie, trenerzy i niektórzy pracownicy. Muszą mieć do tego odpowiednie opaski aktywujące.
– O, taką! – Rezende podniósł rękę i pomachał przed oczami Oskara nadgarstkiem z fioletową opaską z tworzywa sztucznego, z wbudowanym małym chipem.
– Dziękuję, Bernardo, prezentacja bardzo nam się przydała. – Asia mimo wszystko zachowywała kamienny wyraz twarzy. – Kontynuujmy jednak. My nie wiemy do końca, co jest źródłem magii, ale założyciele wiedzieli. Żeby zapewnić temu miejscu bezpieczeństwo, a jednocześnie nie zdradzać następcom jego położenia, storzyli sześć kluczy, które są wskazówkami, mają ułatwić znalezienie źródła. Klucze są magiczny, każdy sam wybiera sobie strażnika, z jakiś powodu zawsze wśród trenerów i to siatkarskich.
– Jesteśmy po prostu wyjątkowi.
– Nie pierdol, Rezende.
Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. Zimny wiatr przeszył ciała wszystkich zebranych. Oskar odruchowo skulił się w sobie. Siedzący trochę dalej Mauro Berutto przełknął głośno ślinę, Julio Velasco zacisnął oczy i bezgłośnie ruszał ustami, jak małe dziecko bojące się ciemności.
W progu stała ona. Jedyna kobieta w organizacji, która miała autorytet równy z autorytetem Aśki, jeśli nawet nie większy.
Jenny Lang Ping, trener reprezentacji kobiet Chin, szybkim krokiem przeszła przez pomieszczenie. Nikt nie odważył się na nią spojrzeć. Jedynie pani Prezes uśmiechnęła się odruchowo widząc trenerkę.
– Dobrze, że jesteś.
– Przepraszam za spóźnienie. Musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę.
– Wiesz o co chodzi?
– Oczywiście.
– Przepraszam…  – Oskar niepewnie uniósł dłoń. Dan Lewis obdarzył go spojrzeniem, jakby właśnie Polak podpisał na siebie wyrok śmierci.  – Możemy przejść dalej? Bo my nadal nie wiemy, co się stało z naszym trenerem.
– Będzie w skrócie – Jenny przejęła inicjatywę. – Jest sześć kluczy. Takich, jak ten – pokazała im swojego kolczyka. – Każdy ma swojego strażnika. Prowadzą do źródła magii. Kto je znajdzie, najprawdopodobniej posiądzie moc, wystarczającą do zawładnięcia światem. Koniec.
– Fefe jest strażnikiem? – Piotrek uniósł pytająco brew.
– Nie. I tu jest problem – westchnęła Asia. – Stephane i Władimir mają swoje klucze. Ale Fefe? Dlaczego on?
– Czy one zawsze są takie malutkie? – zapytał nagle Oskar. – Te klucze?
– Tak. Dlaczego pytasz?
– Bo Fefe ma sygnet. Stary, rodzinny. Otwiera się go i w środku właśnie znajduje się taki kluczyk. Ktoś mógłby się pomylić.
Aśka w zamyśleniu podrapała się po głowie.
– To ma odrobinę sensu – mruknęła. – No dobrze, chyba mamy ustalone, co się stało. Nie wiemy jeszcze, kto to zrobił, ale pracujmy nad tym. Na razie to tyle. Dziękuję za uwagę.
– A możemy wiedzieć, kiedy mniej więcej odzyskamy trenera? – wyrwało się Kubiakowi. – Bo niedługo są mistrzostwa Europy…
– Chciałabym to wiedzieć – westchnęła. – Tak strasznie bym chciała.

***
               
Zawodnicy siedzieli w pomieszczeniu przeznaczonym dla fizjoterapeutów. Wszyscy milczeli. Każdy z nich próbował przetworzyć to, co właśnie usłyszał od kapitana. Z zewnątrz dobiegał do nich typowy wiejski gwar. Gdzieś w oddali słyszeli odgłosy, zbliżającego się helikoptera.
– Nie wygląda to dobrze – mruknął pod nosem Kurek.
– Wygląda bardzo źle – westchnął Zati. – Powiedzmy sobie szczerze, zostaliśmy bez trenera. A za dziesięć dni zaczynają się mistrzostwa. Musimy trenować.
– Na razie zajęcia możemy poprowadzić ja i Oskar. – Piotrek wzruszył ramionami. – Prawda, Oskar…?
– Co? – Były statystyk podniósł zagubiony wzrok znad telefonu. Siedział w kącie pomieszczenia i od samego początku spotkania nie zwracał uwagi na to, co się dzieje, jedynie pustym spojrzeniem wpatrywał się w komórkę.
– Wszystko w porządku? – Gruszka zaczął się niepokoić.
– Jest okej. – Kaczmarczyk wymusił uśmiech.
Trener nie był co do tego przekonany i mimo wszystko spojrzał przez ramię kolegi na jego telefon. Na ekranie wyświetlała się historia połączeń. Wszystkie wychodzące, nieodebrane przez drugą stronę.
Stephane, Fefe, Stephane, Fefe, Stephane, Fefe, Stephane…
– Zniknęli – wychrypiał słabo Oskar. – Obydwaj.
Piotrek zacisnął zęby. Doskonale wiedział, że były statystyk jest bardzo związany z obydwoma trenerami. Byli jego przyjaciółmi, zawsze mógł liczyć na ich pomoc, a teraz, gdy to oni byli w niebezpieczeństwie, nic nie mógł zrobić.
– Będzie dobrze…
– Nie wiemy, gdzie są ani co się z nimi dzieje. Może właśnie leżą poturbowani i wygłodzeni w jakimś lochu. Albo są torturowani. I tracą zmysły. Albo już nie żyją…
– Nie mów tak! – Bieniek poderwał się gwałtownie z miejsca. 
Oskar spojrzał na niego pustym wzrokiem. W jego oczach panowała ciemność, zbierały się łzy bezsilności.   
– A jeśli tak właśnie jest? – szepnął.

***
               
– Jeden z nich nie jest strażnikiem. 
– Jak to nie jest?! – Król Cienia gwałtownie podniósł się z tronu. Jego czerwone oczy wypełnił żywy ogień. Klęczący przed nim sługa wzdrygnął się mimowolnie.
– Popełniliśmy drobny błąd…
Władca nie wytrzymał. Z jego rąk wystrzeliła kula ognia. Cień zamienił się w popiół.
– Co z ostrzeżeniem? – warknął do stojących obok tronu strażników.
– Już prawie gotowe.
– Pozbądźcie się go. Ale nie zabijajcie. Niech wiedzą, że potrafimy być łaskawi – uśmiechnął się chytrze. – To ich skutecznie zmyli.  


Hejo!
Mam nadzieję, ze po tym rozdziale już wiecie, co się stało. Jeśli nadal coś jest nie jasne, to proszę, piszcie, bo to dla mnie bardzo ważne.
Ogólnie, jak wam się podoba historia?
Do zobaczenia pod następnym rozdziałem.
Violin

czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 1

Była siódma rano. Dwudziestoczteroletni Wojtek Wisłocki siedział w lobby krakowskiego hotelu Hilton i leniwie stroił swoją gitarę. Kilka metrów dalej młoda, urocza recepcjonistka nerwowo pracowała na komputerze, co chwilę kątem oka spoglądając na chłopaka. Przy stoliku niedaleko niewyspany Jacek Kasprzyk popijał zimna już kawę.
Jedna z nowoczesnych wind otworzyła się z cichym sykiem i do lobby powoli wkroczył Blair Bann. Kanadyjski libero mruknął pod nosem ciche „good morning”, rozglądnął się po holu, zrobił krok w przód, potem w tył, a następnie wiedziony jakąś diabelska siłą wybiegł przed hotel. Tam też rozglądnął się uważnie, podrapał po głowie, wyjął telefon, wykręcił jakiś numer, a gdy nie uzyskał odpowiedzi, ze spuszczoną głową, niczym zbity pies, wrócił z powrotem do budynku.
– Przepraszam, nie widział ktoś przypadkiem Stephana? – zapytał na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli.
Pokręcili przecząco głowami.
– Na pewno nie? Nigdzie? Nie wychodził przypadkiem z hotelu? – dopytywał, a z każdą kolejną sekundą był coraz bardziej przerażony.
Znów synchroniczne zaprzeczenie.
Wojtek brzdęknął smutno pojedynczą struną.
 odetchnął głęboko, bezsilnie opadając na kanapę obok gitarzysty.
– Czyżbyście zgubili trenera, drogi przyjacielu? – uprzejmie zwrócił się do siatkarza Polak.
– A żebyś wiedział – prychnął ten, z irytacją przeczesując palcami starannie ułożoną fryzurę. – Nigdzie go nie ma! Totalnie! Zawsze budzi się jako pierwszy i jako pierwszy schodzi na śniadanie, więc Dan się jakoś za bardzo nie zdziwił, że go nie było, gdy się obudził! Ale Stephana nie było na śniadaniu! Ani na basenie! Ani na…
– Wojtek!
Rozpaczliwy wywód Blair’a został przerwany przez trzech innych, tym razem polskich siatkarzy. Paweł Zatorski, Michał Kubiak i Bartek Lemański wpadli do lobby z prędkością, jakby ich sam diabeł gonił. Ten ostatni przy okazji zawadził łepetyną o futrynę windy, ale był tak czymś podniecony, że nawet nie zwrócił uwagi na malowniczego guza, którego się najprawdopodobniej nabawił.
– Mamy problem – Kubiak stanął przed Wisłockim z skrzyżowanymi na piersi rękami i wzrokiem, którym spokojnie mógłby wystraszyć na śmierć rosyjskich szpiegów.
– Jaka to rozterka targa twoje serce, kapitanie? – chłopak nie wyglądał na jakoś bardzo poruszonego zachowaniem zawodników. Może i był to jego pierwszy sezon w roli opiekuna orzełków, ale już zdążył się przyzwyczaić, że w ich oczach nawet błahostki potrafią urosnąć do rangi największych problemów tego świata.
– Fefe zniknął! – wychlipał rozpaczliwie Zati.
– Nigdzie nie możemy go znaleźć. Tak zupełnie, zupełnie nigdzie – uzupełnił wypowiedź libero Leman.
– To jest problem – oświadczył stanowczo Michał. – A ty jesteś naszym opiekunem. Do twoich obowiązków należy rozwiązywanie problemów. Szczególnie tych dziwnych problemów.
Wojtek westchnął cicho, z zrezygnowaniem okładając na bok swoją gitarę. Jego wizja spokojnego, leniwego poranka właśnie bezpowrotnie wyparowała.
– Jak widać jedziemy dzisiaj na tym samym wózku, towarzyszu – zwrócił się po angielsku do Kanadyjczyka, który niewiele rozumiał z tej nad wyraz emocjonalnej wymiany zdań. – Wy nie macie trenera i my też nie mamy trenera. To oznacza…
– Że albo robią sobie z nas żarty i grają gdzieś razem w szachy, albo mamy do czynienia z niezłą aferą.
Wszyscy, jak na zwołanie odwrócili się w kierunku wejścia, słysząc czyjś lodowaty głos. W drzwiach stała ona. Wysoka kobieta o krótko ściętych, czarnych włosach, w kocich okularach i idealnie wyprasowanej marynarce, przeszywającym wzrokiem wodziła po zebranych.
Recepcjonistka jeszcze bardziej skuliła się za kontuarem. Wojtek głośniej przełknął ślinę. Jacek zaczął większą uwagę poświęcać swojej kawie.
Jedynie Michał na widok kobiety uśmiechnął się szeroko.
– Asica! – jego optymistyczny wrzask słychać było chyba w całym Krakowie. Zupełnie nie zważając na protesty kobiety, podbiegł do niej i porwał w ramiona.
   A trochę siły w barach miał.
   – Kubiak. Natychmiast. Odstaw. Mnie. Na. Ziemie. – wycharczała wściekle Aśka.
   Przyjmujący niechętnie wykonał polecenie.
   – Co tu robisz? – zapytał, nadal z szerokim uśmiechem na twarzy. Pojawienie się w hotelu Joanny Mazowieckiej, ich byłej już opiekunki, wielu starszych zawodników uznałoby za koniec wszelkich problemów.
   – Jako prezes IOS mam obowiązek na prośbę opiekunów przyglądać się bliżej różnym dziwnym zjawiskom – wyjaśniła głosem zupełnie wypranym ze wszelkich emocji. – A dodatkowo, czy nie mogę po prostu skontrolować poziom zidiocenia wśród moich byłych podopiecznych? – uśmiechnęła się ironicznie.
   – Na prośbę opiekunów? – zapytał już mocno podenerwowany Wojtek. –Ja o nic nie prosiłem.
   – Ale Margaret McHeaven, opiekunka reprezentacji Kanady owszem. Podobno zgubiliście trenera? – tym razem kobieta zwróciła się do Bann’a.
   – Nie tylko oni – wtrącił się Zatorski. – My naszego też nie możemy znaleźć.
   – Ferdinando zniknął? – uniosła pytająco brew. – To dziwne… – w zamyśleniu podrapała się brodzie. – Nawet bardzo dziwne… Wojtek, zbierz wszystkich opiekunów, chcę za pół godziny widzieć was w sali konferencyjnej – zarządziła stanowczo. Jednocześnie odezwał się jej telefon. – Wykonać! – dodała jeszcze, a potem odebrała połączenie i odeszła nie zaszczycając ich ani jednym spojrzeniem.
   – Czy szykuje nam się jakaś grubsza afera? – zapytał Wojtka Leman.
   – Jeszcze nie wiem – mruknął chłopak. – Ale moje wewnętrzne przeczucie mówi mi, że nie jest dobrze.

***
  
 Dmitrij Terlov z trudem uchylił jedną powiekę. Jęknął przeciągle, odwrócił się na praw bok i uchylił drugą powiekę. Powoli uruchamiał kolejne szare komórki, mózg zaczął pracować.
   Najpierw ożywił się zmysł węchu. Drażniący zapach alkoholu etylowego wręcz wyżarł mu wszystko to, co jeszcze pozostało pod czaszką. Z jeszcze większą niechęcią spróbował zobaczyć i ogarną, gdzie jest i co się stało.
   Informacje dochodziły do niego z prędkością ślimaka winniczka. Zrobił imprezę. Na cześć wnuka. Trochę wypili. Chyba nawet więcej niż trochę. Grali w karty. I dorysowywali wąsy rosyjskim politykom. I możliwe, że próbowali zamówić pizzę, udając Katarzynę II i Lenina…
   A potem film mu się urwał.
   Nieznacznie podniósł głowę i potoczył wzrokiem po salonie, starając się policzyć kolegów. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… zaraz, powinno być pięciu.
   Jeszcze raz.
   Raz, dwa, trzy, cztery…
   Cholera.
   – Sasha! – szturchnął, leżącego obok znajomego. – Obudź się do cholery, stary pryku!
   – Co jest…? – wybełkotał słabo.
   – Problem mamy – warknął Dmitrij. – Władek wziął i wyparował.

***

W ogromnej sali konferencyjnej siedziało tylko pięć osób. Joanna Mazowiecka, prezes IOS, jej zastępca i opiekun reprezentacji Rosji Ivan Valkovic, spec od komputerów Arsene Blain, zwany też „kogucia niańką, oraz Wojtek Wisłocki i wspomniana już wcześniej Margaret „Daisy” McHeaven.
– Na początku miałam zamiar urwać wam łby. Jak można zgubić dwóch nieogarniętych trenerów! – zaczęła Aśka, mierząc wzrokiem swoich współpracowników. – Ale pewne zdarzenia zmusiły mnie do zmiany moich planów – westchnęła z irytacją. – Chcę usłyszeć po kolei, jak to się zaczęło?
– Od razu mówię, że nic nie wiem – od razu zastrzegł Arsene. – Mój trener ma się bardzo dobrze, z tego co wiem, w tym momencie właśnie je śniadania. Stan osobowy zawodników też mi się zgadza.
Kobieta posłała mu tylko jedno ze swoich morderczych spojrzeń i kiwnięciem głowy nakazała mówić Daisy.
– Tak naprawdę to się nic nadzwyczajnego na początku nie wydarzyło – dziewczyna nerwowo przeczesała dłonią pstrokato zielone włosy. – Stephane nie pojawił się na śniadaniu, więc zaczęliśmy go szukać. Dzwoniliśmy, wysyłaliśmy smsy, nie odbierał, nie odpowiadał, to zaczęliśmy się denerwować. Wezwałam cię, bo znalazłam to – wyjęła z kieszeni bluzy telefon.
Asia wzięła do ręki zwykłego, czarnego smartphone i obejrzała go dokładnie. Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, gdy włączyła go, a jej oczom ukazało się zdjęcie dwójki dzieci, ustawione na wygaszaczu.
– To komórka Stephane – stwierdziła bez problemu. W końcu znała go na tyle dobrze, by rozpoznać jasną czuprynę Timotiego i szeroki uśmiech Manoline.
– To już wiemy – przytaknęła Daisy. – Tylko niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego leżał za paprotką w korytarzu na drugim piętrze?!
Aśka w zamyśleniu podrapała się po brodzie, a następnie trochę niechętnie odblokowała ekran.
– Coś jest bardzo nie tak – mruknęła. – Pisał z żoną. I przerwał. Nigdy nie przerywa – zgasiła telefon. – A co z De Giorgim?
– Jego po prostu nie ma – rozłożył bezradnie ręce Wisłocki. – Tak jak Stephana. Jakby oboje rozpłynęli się w powietrzu!
Zapadła cisza. Wojtek tępo wpatrywał się swoje paznokcie. Daisy bawiła się bransoletką z ćwiekami. Arsene co chwilę poprawiał zsuwające się z nosa okulary. Ivan siedział sztywno, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
– Dlaczego nie urwałaś im łbów? – zapytał nagle.
– Proszę?
– Mówiłaś, że miałaś zamiar urwać im łby, ale stało się coś, co sprawiło, że zmieniłaś plany. Co to było? – jego głos był zupełnie wyprany z emocji.
Ivan Valkovic nie miał zwyczaju czymś się specjalnie przejmować. Miał pięćdziesiąt trzy lata i był byłym agentem rosyjskich służb specjalnych. Miał ponad dwa metry wzrostu, łysy czerep, szerokie bary i dłonie jak bochny chleba. Nawet sam Władimir Alekno z nim nie zadzierał, a największy „kozak” reprezentacji, Spiridonov, na jego widok wydawał z siebie pisk małej dziewczynki i uciekał, gdzie pieprz rośnie.
Aśka zmięła w ustach przekleństwo.
– Dostałam informacje od moskiewskiej policji. Dzisiaj rano zanotowano zaginięcie Władimira Alekny.
– Co?!
– Dlatego nie jestem na was tak wściekła, jak powinnam być – westchnęła. – Proszę państwa, mamy do czynienia z jakąś większą aferą. Poinformowałam już centralę. Ogłosiliśmy kod czerwony. Wszystkie wydziały w pełnej gotowości. To nie jest normalne. Jeśli do jutra…
– Zaraz, sekundę – przerwał jej nagle Arsene. – Mamy do czynienia z porwaniami, prawda? W takim razie odpowiedzcie mi na jedno, podstawowe pytanie. Po kiego grzyba ktoś chciałby ich porywać? – odchylił się na krześle i przetarł rękawem koszuli okulary. – Żaden z nich nie dysponuje fortuną, okup byłby za mały. Możliwe, że Alekno ma jakieś kontakty z „górą”, a w rodzinie Fefe jest sycylijski mafiozo, ale kurczę przecież Antiga muchy by nie skrzywdził, żadnych znajomości nie ma, przykładny europejski obywatel, kto by się niby miał nim interesować.
Aśka i Ivan wymienili znaczące spojrzenia.
– Władimir i Stephane są strażnikami – mruknęła kobieta, krzyżując ręce na piersi.
– Ale De Giorgi nie!
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy myśleli o tym samym. Skoro nie było żadnego innego powodu, by uprowadzić tych trenerów, to musiało chodzić o złote klucze.
                – Wiem, że to wygląda dziwnie – zaczęła Mazowiecka. – Przez ponad czterdzieści lat strzegliśmy naszej magii i nikt się nią nie interesował. A teraz nagle okazało się, że mamy wroga, który chce ją zdobyć.
– Co robimy? – Ivan od razu zaczął racjonalnie podchodzić do sytuacji.
– Musimy zwiększyć ochronę wszystkich drużyn – zarządziła. – Już się tym zajmują w centrali. Arsene i Ivan, wasze drużyny miały zostać w Polsce, aż do rozpoczęcia Mistrzostw, tak? – obydwaj zgodnie pokiwali głowami. – W takim razie niech tu zostaną. Dostaną dodatkową ochronę i przydzielę im opiekunów zastępczych. Was będę potrzebowała w bazie.
– A Polacy i Kanadyjczycy?
– Tu boję się, że mogą prędzej być na rażeni na niebezpieczeństwo. Jeśli przeciwnik jest groźny, a musimy się nastawić na to, że jest. Chcę mieć tych chłopaków w siedzibie, na oku.
– Dawno nie przebywała u nas żadna drużyna – zauważył niepewnie Wojtek.
– Sytuacja jest taka, a nie inna. To moja decyzja – stanowczo powtórzyła.
Znów zapadła cisza. Każdy próbował przetworzyć informacje, jakie właśnie usłyszał, powoli docierało do nich w jakie najprawdopodobniej bagno wpadli.
– Ale jesteś pewna, że chodzi o klucze? – zapytała nagle Daisy. – Może to coś mniej okropnego…
– Zawsze musimy zakładać najgorsze – westchnęła Asia. – A niestety mam przeczucie, że nadchodzi dla nas ciężki czas.

***

Wśród zawodników występujących na Memoriale Wagnera panowało ogólne poruszenie. Zniknęło w końcu dwóch trenerów, pojawiła się prezes IOS, więc sprawa musiała być naprawdę poważna. Polacy i Kanadyjczycy łamali sobie głowę nad tym, co się mogło stać z ich selekcjonerami, Francuzi nie odstępowali swojego na krok, tak na wszelki wypadek i chyba tylko Rosjan mało to wszystko obchodziło.
Przynajmniej na razie.
– Podsumujmy wszystko jeszcze raz – Oskar Kaczmarczyk zrobił dwa kroki w tył, by objąć wzrokiem całą tablicę. Razem z sztabem i zawodnikami siedzieli w jednej z sal konferencyjnych ( na szczęście hotel miał ich dużo) i próbowali po swojemu dojść, co się stało z De Giorgim. – Ostatni raz Fefe był widziany o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, gdy rozmawiał z Piotrkiem.
– Porozmawialiśmy, życzył mi dobrej nocy, a potem rozeszliśmy się do swoich pokoi – uzupełnił wypowiedź kolegi Gruszka.
– O godzinie szóstej trzydzieści planowo wszyscy mieliśmy zjeść śniadanie, by za piętnaście ósma wyjechać do Warszawy – kontynuował Kaczmarczyk. – Ferdinando nie pojawił się na śniadaniu. Po przeszukaniu całego hotelu, stwierdziliśmy, że zniknął.
– Dla mnie to nadal wygląda na głupi żart – prychnął Drzyzga, lekceważąco kiwając się na krześle.
– Jeśli to tylko żart, to w takim razie, co tu robi Asia? – odpowiedział mu Kłos.
Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy już doskonale wiedzieli, że to nie jest żart.
Ciszę przerwał huk otwieranych drzwi i wiązanka średniowiecznych przekleństw, która poleciała, gdy Wojtek wpadł na stojące w przejściu pudło z rzeczami fizjoterapeutów.
– Ej, człowieki, jest sprawa – zaczął, otrzepując się z kurzu. – Dość ważna. Za pół godziny wszyscy mają być w sali na dole – ogłosił, nerwowo bawiąc się rąbkiem sztabowej koszulki. – Z swoimi walizkami, sprzętem i ogólnie tym, co jest nam potrzebne na resztę zgrupowania. Asia zarządziła, że pędzimy ten tydzień w bazie IOS. My i Kanada. Tak na wszelki wypadek.
Zawodnicy wymienili zdumione spojrzenia, a Fabian aż z wrażenia spadł z krzesła. Bardzo rzadko zdarzało się, by jakiś sportowiec miał okazję być w głównej siedzibie tej słynnej organizacji, już nie mówiąc o całych drużynach.
Dostali pół godziny, ogarnęli się w piętnaście minut. W sali już czekała na nich Asia wraz z opiekunami i kanadyjskimi zawodnikami, którzy byli równie zdziwieni, co oni.
– Obecna sytuacja wymogła na nas takie, a nie inne działania – zaczęła swoje przemówienie Mazowiecka. – Za chwilę będziecie mieli okazje doświadczyć czegoś, co ludzie zwykli nazywać magią. Chwycicie się za ręce, a wasi opiekunowie przeniosą was do głównej bazy International Organization for Sportsmen.
– Że niby będziemy się teleportować? – dobiegło ja pytanie, gdzieś z głębi sali.
– I tak po prostu znajdziemy się we Włoszech?
– To jest możliwe?
– Czy to będzie bolało?
– Trzy razy tak i trochę – odpowiedziała. – Będziemy przenosić ponad czterdzieści osób na raz, a to wymaga wysiłku i przedarcia się przez sporą ilość materii. Dlatego możecie odczuwać mdłości i zawroty głowy. Zrozumiano?
Czterdzieści kilka osób przytaknęło zgodnie, choć wyglądali na dość niepewnych. Dan Lewis już był zielony, Mateusz Bieniek nerwowo obgryzał skórki od paznokci, a Damian Wojtaszek nucił pod nosem piosenkę o czterech zielonych słoniach, która podobno działa uspokajająco.
– Klasyka – prychnęła pod nosem Asia. – A więc zaczynamy!

***

Sali tronowej panowała cisza. Cień klęczał przed władcą z nisko spuszczoną głową. Najwyższy demon był spokojny. Jego oczy lśniły w półmroku czerwonym blaskiem. Widmowe palce leniwie stukały o podłokietnik z czarnego marmuru.
– Namierzyliśmy kolejnego strażnika, panie – powiedział cień głębokim, zachrypniętym głosem. 
– Gdzie?
– W Brazylii, panie. – Nie odważył się unieść wzroku. Przy dzięciometrowym władcy był mrówką, którą z łatwością można rozdeptać.
– Coś jeszcze?
– Chyba zaczynają coś podejrzewać. Zwiększyli ochronę.
– Są w stanie nam zagrozić?
– To tylko ludzie. Nie mają z nami szans.
– Wyślijcie im ostrzeżenie. Niech nie wchodzą nam w drogę, a może czeka ich bezbolesna śmierć.
– Tak, panie. 


Witam wszystkich serdecznie! Rozdział miał się pojawić już wczoraj, ale nie wyrobiłam, za bardzo wciągnął mnie mecz Rosja/Kanada ( Kanada w półfinale, czy to nie jest niesamowite xd). 
W każdym razie, prezentuję wam pierwszy rozdział tego opowiadania. Jest on dosyć chaotyczny, ale mam nadzieję, że mniej więcej zrozumieliście, o co chodzi. W następnym rozdziale będę i tak wszystko wyjaśniać, więc jeśli nie dotarło do was moje pokrętne myślenie, to spokojnie, do mnie też czasami nie dociera. 
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. 
Serdecznie zapraszam też na nowe rozdziały na moich pozostałych blogach. 
Pozdrawiam
Violin

środa, 28 czerwca 2017

Prolog

International Organization for Sportsmen (IOS) – organizacja utworzona 15 grudnia 1972 przez Roberta Sattori’ ego, Władysława Kolakowskiego, Aleksandara Simirokova, Davida Lee, Marcusa Garcia i Melanie McFayer, po „Masakrze w Monachium”. Jej celem jest nadrzędnym jest zapewnienie bezpieczeństwa,  a także równych warunków do rozwoju i pomoc sportowcom na całym świecie. Na początku obejmowała swoją działalnością tylko siatkówkę. Obecnie pod swoją opieką ma wszystkie grupowe sporty olimpijski.

IOS posiada największą na świecie bazę danych, dotyczącą sportowców, trenerów. Olbrzymie archiwum mieści się w podziemiach głównej szuedziby i zajmuje cztery kondygnacje w głąb ziemi. Obecnie jednak wszystkie akta dostępne są na specjalnym serwisie IOS.

Jednym z podstawowych działań podjętych przez IOS w celu zapewnienia bezpieczeństwa sportowcom jest przydzielenie każdej drużynie „opiekuna”, specjalnie wyszkolonego człowieka, który cały czas monitoruje działania grupy, pomaga rozwiązywać problemy, ma „oczy dookoła głowy”.

Fragment artykułu z serwisu www.wikipedia.pl

***

14 sierpień 2017, Kraków, Polska, godz. 1.15 czasu lokalnego

W hotelu panowała zupełna cisza. Światło z starych lamp słabo oświetlało wąski korytarz. Wysoki mężczyzna szedł powoli po wysłużonej wykładzinie. Stephane Antiga wystukiwał coś nerwowo na ekranie telefonu. Na jego szyi pobłyskiwał łańcuszek z obrączką i maleńkim, złotym kluczykiem. Oczy miał podkrążone. Garbił się.
Ale kąciki ust unosiły się nieznacznie za każdym razem, gdy dostawał kolejną wiadomość.
Przebiegły cień podążał za nim. Mężczyzna go nie widział. Był spokojny. Nie wyczuwał zagrożenia.
Zmęczony, otępiały, interesowała go tylko komórka.
Stracił czujność.
To go zgubiło.
Wszystko działo się bardzo szybko. Zapach wody kolońskiej. Rozbłysk czerwonego światła. Tępy ból w skroni. Szarpnięcie za szyję.
A potem zapadła ciemność.

14 sierpień 2017, Moskwa, Rosja, godz. 4.26 czasu lokalnego

Stary, przedwojenny zegar cicho tykał w korytarzu. W salonie unosił się zapach wódki. Pięciu mężczyzn w średnim wieku spało snem pijackim. Trzech głośno pochrapywało. Jeden tulił się do lampy. Władimir Alekno jak każdy Rosjanin nie stronił od alkoholu, a tego wieczoru mieli dobry powód, by poświętować. Jego bliski przyjaciel właśnie został dziadkiem, trzeba było więc opić przyszłość młodego Denisa Tarlova.
I to opić porządnie.
O czwartej nad ranem kontaktowość byłego trenera Sbornej była prawie zerowa. Tępo bawił się złotym wisiorkiem w kształcie klucza, leżąc na podłodze i mrucząc do siebie wywody filozoficzne typowego alkoholika. Był bliski dołączenia do swoich kumpli.
Zemdliło go, gdy nagle poczuł zapach drogiej wody kolońskiej. Przed oczami rozbłysło mu czerwone światło. W skroni poczuł tępy ból. Coś szarpnęło go za szyję.
Gdy zapadła ciemność, wszystko zrzucił na upojenie alkoholowe.

14 sierpień 2017, Jinhua, prowincja Zheijang, Chiny, godz. 7.32 czasu lokalnego

Spokojnie podniosła filiżankę z herbatą. Czapka z daszkiem nieznacznie zsunęła się jej na oczy. Nadal jednak uważnie skanowała wzrokiem cały plac. Jenny Lang Ping nigdy nie traciła koncentracji, nigdy się nie rozluźniała. Widziała wszystko i wszędzie.
Poczuła zapach wody kolońskiej. Dostrzegła cień. Nie odwróciła się. Powoli uniosła dłoń. Założyła za ucho zabłąkany kosmyk włosów. Musnęła kolczyk w kształcie złotego kluczyka. Wyjęła z starannie upiętego kucyka jedną spinkę. Matowa, ostra końcówka nie błysnęła w słońcu.
Obróciła strzałkę w dłoń. Celowała dokładnie trzy sekundy. Rzuciła. Ostrze wbiło się w drewniany słup pięć metrów dalej.
Nie trafiła.
Nie zamierzała.
To było ostrzeżenie.
Cień zniknął.

14 sierpień 2017, Kraków, Polska, godz. 3.17 czas lokalny

Ferdinando de Giorgi miał sen tak twardy, że żaden pożar, trzęsienie ziemi, ani koncert Disco Polo nie byłby wstanie go obudzić. Nic więc dziwnego, że nie obudził go nieznaczny powiew wiatru w pokoju, zapach wody kolońskiej, rozbłysk czerwonego światła.
On nadal spał.
Choć już w innej rzeczywistości.


***
ŚCIŚLE TAJNE!
NIE KOPIOWAĆ! NIE WYNOSIĆ! NIE ROZPOWRZECHNIAĆ!
Data: 14.08.2017
Etap misji: I
Statut misji: Ukończona w 75%
Uwagi: 1 obiekt zdemaskowany; wymagane wycofanie taktyczne; 3 obiekty zabezpieczone

Zagrożenie: Brak zagrożenia ze strony wroga. 



Zaczynają się wakacje, więc ja ruszam z nowym blogiem. Na początku tytuł miał być inny, ale kobieta zmienną jest prawda? 
Wracamy do koncepcji z "Trudnego przypadku...". Akcja, sensacja, tajemnica. 
I trochę magii. 
Mam nadzieję, że to opowiadanie będzie się cieszyło równie dużą popularnością, co inne. Jak wam się na razie podoba pomysł? 
Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 
Zapraszam też na pozostałe moje blogi, a także o zostawianie linków do waszych w odpowiedniej zakładce. 
Pozdrawiam 
Violin